Strona główna ] [  Pierwsi wystartowali ] [  Dziecko wojny ] [  Płk pilot S. Chałupa ] [  Płk Wacław Król ] [ Kpt. M. Herod   ] [  Obrońca Westerplatte  ]


Z Zeszytów Historycznych:


Teksty w formacie RTF


powstaniec Por. Mirosław Ropelewski

Ur. 19 listopada 1927 r. w Warszawie (na zdjęciu, z czasów powstania warszawskiego, po lewej - M.Ropelewski z przyjacielem Stefanem Sawickim ps. "Wolf" - po prawej). Do harcerstwa wstąpił już w okresie międzywojennym i nadal w nim działał podczas wojny prowadząc tzw. "mały sabotaż". Członek Szarych Szeregów. W wieku 16 lat w 1943 roku składa przysięgę jako żołnierz Armii Krajowej. W powstaniu warszawskim bierze udział jako żołnierz AK w stopniu strzelca mając pseudonim "Fajka". Był członkiem Batalionu "Żubr" wchodzącego w skład 8 Dywizji Piechoty AK im. Romualda Traugutta "Żywiciel". Uczestniczy w powstaniu od początku do końca. Ranny w powstaniu, trafia do obozu przejściowego w Pruszkowie, a następnie Stalagu XI-A w Alen Grabow w Niemczech. Odznaczony m.in. Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Medalem za Warszawę 1939-1945.

Poniższe wspomnienia ukazały się w Zeszycie Historycznym nr 3 poświęconym byłym pracownikom nowohuckich zakładów pracy i mieszkańcom Nowej Huty; oraz w okresie marca 2007 r. w - "Głosie - Tygodniku Nowohuckim":

"Jestem rodowitym Warszawiakiem. Szkołę Podstawową ukończyłem jeszcze przed wojną, nieopodal mojego mieszkania w dzielnicy Wola na ul. Karolkowej 62. Już w podstawówce należałem do harcerstwa. Natomiast Szkołę Mechaniczną im. Romana Wolframa kończyłem już w czasie okupacji przy ul. Miodowej 3. Już od czasów podstawówki czynnie byłem związany z harcerstwem. Za okupacji bardzo wcześnie zaangażowałem się w "Mały sabotaż". Cała nasza konspiracja polegała na przenoszeniu meldunków, ulotek, prasy a nawet i broni palnej. Ta działalność rozpoczęła się już we wrześniu 1939 roku, kiedy Warszawa była oblegana przez Niemców, kiedy stolica się broniła. Wszyscy harcerze pomagali polskim żołnierzom, pracowali w punktach opatrunkowych, pomagali przenosić rannych, roznosić żywność i wodę do okopów, dostarczać korespondencję do żołnierskich rodzin. Czas oblężenia Warszawy przez hitlerowców był okresem, kiedy miasto było obrzucane bombami burzącymi i zapalającymi, ostrzeliwane przez artylerię wszelkiego kalibru. W tym czasie poległo tysiące cywilów pod zwałami gruzów i od kul nieprzyjacielskich. Była to dla nas, harcerzy, wielka szkoła patriotyzmu i nienawiści do wroga, która wyzwoliła się w nas w okresie Powstania. Tragiczny dla Warszawiaków okazał się czas okupacji. Na każdym kroku groziły łapanki, wywózki do obozów, aresztowania, rozstrzeliwania pod murami domów, kościołów, na placach i w gestapowskich kazamatach na Pawiaku. Ten ogrom tragedii dnia codziennego mógł tylko doprowadzić do powstańczego zrywu, zrzucenia tego jarzma zniewolenia z siebie. Dlatego też jako harcerz złożyłem przysięgę w lipcu 1943 roku, wstępując w szeregi Armii Krajowej. Nadano mi pseudonim "Fajka". Wiedziałem już wtedy, że nie ma innej drogi jak tylko walka na śmierć i życie ze znienawidzonym wrogiem Polaków i Polski jakim byli hitlerowcy. Na początek przydzielono mnie do zwiadu. W tym też kierunku odbywałem przeszkolenia zwiadowcze, wojskowe, sanitarne. O tylebyło łatwiej, iż jako harcerz byłem przez całe lata przygotowywany do podobnych zadań. W dalszym ciągu roznosiłem prasę, ulotki, biuletyny, broń i amunicję. Zdarzały się często piekielnie trudne sytuacje, z których udawało mi się wyplątywać, bo jak mi się wydawało, iż w tej działalności, jakże niebezpiecznej miałem wiele szczęścia. Nadszedł lipiec 1944 roku. Chłonęliśmy wieści z Wilna, bo przecieżtam AK-owcy zerwali się już do powstania i walczą z hitlerowcami. Wiedzieliśmy, że i u nas za chwilę musi coś wybuchnąć. Czekaliśmy na ten początek z niecierpliwością. Wreszcie nadszedł ten upragniony, oczekiwany dzień. Był to 28 lipca 1944 roku, kiedy powołano mnie w szeregi powstańców. Otrzymałem zadanie przygotowania broni, sprzętu i amunicji. Kiedy powiedziałem matce, że idę do powstania nie chciała się ze mną pożegnać. Powiedziałem jej tylko: Mamusiu, ja muszę iść śladem Taty. On walczył w 1920 roku z bolszewikami o Polskę i udało się, na pewno i nam się uda. Potem się jej wyrwałem, na pożegnanie całując ją w rękę, nie mając pojęcia, że był to już ostatni pocałunek. Moja mama i siostra zostały zamordowane w sierpniu 1944 roku na Woli, a ich zwłoki sczerniałe zostały odnalezione w marcu 1945 roku. Osiem miesięcy ich ciała leżały w krzakach na zapleczu ulicy Wolskiej. Dowody na to otrzymałem z Czerwonego Krzyża. Obecnie ich prochy spoczywają we wspólnej mogile na Cmentarzu Wolskim. Mordu na tysiącach cywilnej ludności Warszawy dokonały bandy Oberfuhrera SS Oskara Diwangera oraz bandy RONA i ROA oberfuhrera Mieczysława Kamińskiego. Mordowano bez względu na wiek i płeć całe dzielnice Powiśla, Czerniakowa, Ochoty, a zmojej Woli wymordowano aż 60 tysięcy mieszkańców. Hitlerowcy otoczyli Wolę i po kolei, dom po domu wypędzano i wyłapywano ludzi, prowadzono ich przed czołgami do obozu koncentracyjnego K.C. Lager - Wola lub Czyste - Wola. Niemcy szczególnie zawzięcie niszczyli Wolę, bowiem stąd się wywodziły główne siły powstańcze jak np. "Parasol", "Miotła", "Wigry - AL", i część oddziału "Zośka". Jeśli chodzi o mnie, to od 28 lipca 1944 roku do 1 sierpnia przebywałem na Żoliborzu na ulicy Tucholskiej. Mój oddział dowodzony przez majora "Serba" przygotowywał się do wymarszu w stronę Puszczy Kampinoskiej przez Marymont, Żoliborz, Robotniczą. W Puszczy Kampinoskiej przebywał leśny oddział kawalerii por. "Doliny". W oddziale tym było około tysiąca żołnierzy przybyłych do Kampinosu z Wileńszczyzny. Byli oni doskonale uzbrojeni, posiadali wspaniałych przewodników, którzy ich tu doprowadzili. Ci żołnierze przebyli prawie siedemset kilometrów, aby nieść pomoc walczącej Warszawie. Ich przemarsz utrudniany był przez ciągłe potyczki z Niemcami. A jednak udało się im dotrzeć do Kampinosu bez większych strat. Zadziałała doskonała łączność i zwiad. Po złączeniu się z Oddziałem Leśnym byliśmy bardzo pewni siebie i dumni, że dysponujemy taką siłą. Zdążając z Oddziałem Leśnym w stronę Warszawy, co chwilę napotykaliśmy oddziały ROA-RONA, tocząc z nimi ciężkie boje. Po drodze zetknęliśmy się także z oddziałami węgierskimi, które wielokrotnie wspomagały nas swoimi radami, informacjami co do przebywania SS-manów czy Własowców. Oddziałami leśnymi dowodził wówczas major "Okoń". Nasz Oddzaił dowodzony przez majora "Serba-Żubra" posiadał mniej ludzi, ale w sumie dysponowaliśmy poważną, bo 1200-osobową grupą. Nocą otrzymywaliśmy sygnały radiowe o samolotowych zrzutach broni, amunicji i lekarstw. Bardzo wspomagały nas okoliczne wsie dostarczając meldunkówo rozłożeniu niemieckich sił. Kiedy nadszedł rozkaz powrotu do Warszawy naszych oddziałów, byłem w ochronie oddziału jako zwiadowca-szperacz czy podsłuch. Nasz oddział szedł pierwszy, za nami Wilnianie. Nasz baon udał się w stronę Fortów Opla celem obsadzenia pozycji, a baon leśny uderzył na lotnisko. Po przejściu oddziałów na Żoliborz otrzymaliśmy rozkaz atakować Dworzec Gdański nocą z 21 na 22 sierpnia 1944 roku. Nie wiedzieliśmy, że tak dworzec jak i Cytadela posiadały silną obronę. Atakując, dostaliśmy się pod straszliwy ogień dział czterolufowych, przeciwlotniczych, moździerzy, ale i kolejowego pociągu pancernego. Pod tym ostrzałem zrobiło się jasno jak w dzień. to były przerażające chwile. W czasie dwukrotnie przeprowadzonego szturmu na Dworzec Gdański ciała naszych chłopców pokryły cały ten plac. Zginęło wówczas około 500 powstańców. Nie można było pomóc rannym, bo snajperzy strzelali do naszych sanitariuszek, zabijając je. To był sądny dzień, a właściwie noc. Nie udało się nam wówczas połączyć ze Starówką, pozostały tylko - kanały. Od tamtej nocy zostały nam tylko potyczki z Niemcami, zwłaszcza, że do akcji weszły czołgi. W ruch poszły butelki z benzyną, które wówczas były najskuteczniejszą bronią przeciwko pancernym kolosom. Niemcy posługiwali się także "Goliatami", małymi czołgami wypełnionymi trotylem, napędzanymi paliwem ciekłym. Taka maszyna po zetknięciu się z budynkiem wybuchała niszcząc go całkowicie. W tym przerażającym piekle zostałem ranny w rękę odłamkiem pocisku, który uderzył w belkę budynku, w którym akurat przebywałem. Zostałem przysypany gruzem walącego się muru. Straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem znajdowałem się już wtedy w piwnicy, do której zaniósł mnie porucznik "Twardy". Na tych stałych utarczkach z Niemcami upływały dnie. Zaczęło brakować żywności i amunicji. Walka stawała się coraz trudniejsza. W dzień potyczki, nocą ostrzeliwania z ciężkiej artylerii doprowadziły do upadku naszego powstańczego zrywu. Zbliżały się najgorsze chwile, w których zadawaliśmy sobie to jedno pytanie: Co dalej? W końcu delegacja naszego sztabu udała się do Ożarowa, gdzie przyjął ją gen. Von Dem Bach. Uzgodniono warunki kapitulacji: oddawanie broni i obozy jenieckie. Mój oddział wywieziono do Pruszkowa a potem do Stalagu XI A Altengrabow. Otrzymałem numer 45408 jeńca wojennego. Pracowałem w Cukrowni Groningen jako sprzątacz. Tam też doczekałem się wyzwolenia przez wojska amerykańskie w dniu 14 kwietnia 1945 roku. Była to najradośniejsza chwila w moim życiu. Wróciłem do Ojczyzny z synkiem w grudniu 1946 roku. Gdzie wracać? Warszawa była w gruzach, więc osiedliłem się w Cieplicach koło Jeleniej Góry. Potem wróciłem do Warszawy, ale tam cała moja przeszłość wraz z nabliższą rodziną została zamordowana. Więc na dalsze życie wybrałem Kraków i Kombinat Metalurgiczny, w którym przepracowałem 34 lata. Na emeryturę przeszedłem w 1987 roku. Mieszkam w Nowej Hucie już od pół wieku."

Mirosław Ropelewski, ps. powstańczy "Fajka"

Powrót  ]


p11c Pierwsi wystartowali do walki z wrogiem

Po lewej - jeden z samolotów P11c, na których walczyli Polacy we wrześniu 1939 r. (Muzeum Lotnictwa w Krakowie)

W dniu 1 września 1939 roku, nad Balicami zestrzelony został kpt. Mieczysław Medwecki. W natychmiastowym odwecie porucznik Władysław Gnyś zestrzelił dwa Junkersy. Kim był por. Gnyś zanim trafił do Krakowa? W maju 1939 r. został przydzielony do 121 Eskadry Myśliwskiej na Rakowicach w Krakowie. W ostatni dzień sierpnia 1939 roku eskadra w składzie Dywizjonu III/2 została przeniesiona na zapasowe lotniskow Balicach pod Krakowem. A oto jak wyglądał dzień 1 września 1939 roku: We wczesnych godzinach porannych, pilotów stacjonujących w Balicach zbudził huk lecących samolotów. W tym samym momencie z pokoju dowódcy dał się usłyszeć przeraźliwy dźwięk telefonu, słychać było niewyraźną rozmowę. W kilka chwil potem do pokoju wpadł kapitan Medwecki z pistoletem w jednej i spadochronem w drugiej ręce. Od niego na wpół rozbudzeni lotnicy dowiedzieli się, że wojna się rozpoczęła, że lecące górą samoloty to hitlerowskie Junkersy. Kapitan Medwecki natychmiast nakazał start dwóch kluczy, po jednym z 121 i 122 eskadry. Sam też poprowadził pierwszą trójkę. Za kapitanem Medweckim kołował porucznik Gnyś, a za nim jako trzeci, kapral Arabski. Startowali akurat wtedy, kiedy nad lotnisko nadleciały wracające z bombardowania Krakowa, na niskiej wysokości, hitlerowskie Junkersy. Zaatakowały startującą trójkę seriami karabinów maszynowych. Celnie zostaje ugodzona maszyna kapitana Medweckiego. "Jedenastka" wali się w dół i ginie dowódca Krakowskiego Dywizjonu. Kapitan Mieczysław Medwecki był doświadczonym pilotem. Urodzony w 1904 roku był wychowankiem Korpusu Kadetów, absolwentem Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. W 1933 roku organizował 123 Eskadrę Myśliwską i był jej pierwszym dowódcą. Awansowany w 1938 roku do stopnia kapitana, mianowany został dowódcą III/2 Dywizjonu Myśliwskiego. Był pierwszym polskim pilotem zestrzelonym w II wojnie światowej. Pochowano go w rodzinnym grobowcu księdza Radziwiłła w Morawicy koło Balic.

Pilot hitlerowskiego Junkersa Neubert, po zestrzeleniu Medewckiego, skierował serię pocisków na samolot por. Gnysia. ten z kolei, widząc że jest atakowany, silnym skrętem w lewo poszedł w dół i omal nie zahaczył o korony drzew. Z trudem wyciągnął maszynę do góry, nabrał odpowiedniej wysokości przygotowując atak, by odegrać się na niemieckim pilocie. Postanowił zaatakować samolot Neuberta, jednak w ferworze walki niemiecki pilot zniknął mu z pola widzenia ukrywając się w chmurach. Mówiąc żargonem lotniczym, Gnyś postał chwilę w górze, po czym dostrzegł lecące w dole niemieckie samoloty. Spikował w dół i zaatakował dwa lecące obok siebie bombowce, które lekko odłączyły się od formacji. Oba niemieckie samoloty zostały skutecznie zestrzelone. Bombowce te określono potem jako Dorniery DO17E. Obydwa też spadły we wsi Żurada, niedaleko Olkusza. Jeden z bombowców oznaczony był 3Z+FR. Zgninęło wówczas 6 niemieckich pilotów. Wracając do bazy por. Gnyś spotkał jeszcze jednego He 111, lecz zabrakło mu już amunicji ażeby posłać go na ziemię. Było to pierwsze zwycięstwo powietrzne polskiego pilota myśliwca odniesione w pierwszym dniu II wojny światowej.

Czy por. Władysław Gnyś uratował wówczas Olkusz przed niemieckim bombardowaniem? Nad tym zastanawiano się przez wiele lat. Okazało się, że tak. Bowiem w szczątkach zestrzelonych niemieckich samolotów znaleziono dokumenty świadczące o tym, że Olkusz miał zostać zbombardowany. Dokumentacji i opisu zestrzelonych samolotów, ich wraków, dokonał oficer Wojska Polskiego, pułkownik Zbigniew Pirszel. Pozyskał on m.in. mapnik, w którym znajdowały się rozkazy załogi. W jednym z tych dokumentów zidentyfikowano rozkaz zapasowego zbombardowania miasta Olkusza, na wypadek, gdyby nie było możliwe zniszczenie Krakowa. 6 września 1939 r. por. Władysław Gnyś zestrzeliwuje jeszcze jednego He 111. 9 września rano razem z sierż. Leopoldem Flankiem zestrzeliwują następnego He 111 (maszyna Flanka została uszkodzona, ale powróciła do bazy w Kraczewicach). Ostatniego He 111 w dniach wrześniowych porucznik W. Gnyś zestrzelił wspólnie z kapralem Tadeuszem Arabskim. Także kapral Tadeusz Arabski pomścił śmierć swojego dowódcy! W dniu 3 września Kapral Arabski patrolując odcinek w rejonie Olkusza, Zawiercia i Klucz, natknął się na hitlerowskie Dorniery. Szły trójkami. Dowódca klucza Kremski dał rozkaz do ataku. On też posłał pierwszego Dorniera na ziemię. Arabski wywindował swoją maszynę ponad lecące Dorniery i zaatakował. Po kilku celnych seriach jeden z Dornierów zaczął dymić i ciągnąc za sobą warkocz dymu uderzył w ziemię. Stało się to koło wsi Niegonowice, za Olkuszem. Arabskiemu uczyniło się lżej na duszy. Śmierć dowódcy została pomszczona! A jak wyglądały dalsze wojenne ścieżki por. Władysława Gnysia? Poprowadziły go one na Zachód. Poprzez Rumunię trafił do Francji i tam został skierowany, wraz z pilotami Kazimierzem Bursztynem i Władysławem Chciukiem do Groupe de Chasse III/1. Dywizjon stacjonował na lotnisku Toul Croix pod Metzem i latał na samolotach Morane MS-406. Polacy wykonali wiele lotów bojowych. Podczas dramatycznej bitwy powietrznej nad Cambarai, w dniu 25 maja 1940 roku ginie dowódca polskiego klucza por. K. Bursztyn. Por. Gnyś w tej walce zestrzeliwuje jeden z bombowców. Po kapitulacji Francji por. Gnyś udaje się do Port Vendres, skąd poprzez Oran i Casablankę dostaje się 14 lipca 1940 roku do Liverpoolu. 20 sierpnia 1940 r. por. Gnyś trafia do Dywizjonu 302. W dniu 21 maja 1941 roku Dywizjon 302 bierze udział w składzie Skrzydła (3 dywizjony) w akcji nad Francją. Por. Gnyś wraca na ciężko uszkodzonym samolocie. Po wyleczeniu się z ran latał jeszcze w Dywizjonach 309 oraz 316. Od 25 sierpnia 1944 pełnił funkcję dowódcy 317 Dywizjonu Wileńskiego. W czasie lotu rozpoznawczego nad Francję por. Gnyś zostaje zestrzelony nad Rouen. Ranny dostaje się do niewoli niemieckiej, ale w niedługim czasie ucieka z jenieckiego obozu i powraca do jednostki. Jednak wojna miała się już ku końcowi. Po wojnie por. Gnyś osiedla się w Kanadzie i tam mieszka aż do śmierci, w dniu 28 lutego 2000 roku. W ciągu drugiego półwiecza dwudziestego wieku wiele jeszcze wydarzyło się z w życiu Władysława Gnysia, o czym warto wspomnieć. Szczególnie dwa ważne wydarzenia w jego życiu, to spotkanie z pilotem hitlerowskiego Junkersa - Neubertem i wizyta w Żuradzie, wiosce nad którą zestrzelił dwa hitlerowskie Junkersy. A więc jak wspomina biograf Gnysia, Waldemar Serocki: "Historia znajomości Władysława Gnysia i Franka Neuberta jest niezwykła - w czasie wojny byli zaciętymi przeciwnikami, po wojnie stali się przyjaciółmi. Jak doszło do zawiązania przyjaźni? Ci dwaj lotnicy swoim bohaterskim czynem zapisali się na kartach historii w sposób niezwykły. Po raz pierwszy - 1 września 1939 r. podczas zestrzelenia samolotu wroga. Po raz drugi potwierdzili swoje bohaterstwo po 50 latach, wznosząc się ponad podziałami. Po wojnie spotkali się po raz drugi, w jakże odmiennych warunakch, w atmosferze spokoju i przyjaźni". Jak wspomina Waldemar Serocki epizod września 1939 r. - "ten elegancki skręt w lewo Gnysia, jak to określił Neubert, tak głęboko zapadł mu w pamięci, że postanowił - gdy uda mu się przeżyć wojnę - że za wszelką cenę ustali kim był tamten pilot, czy dalej żyje. Zapragnął odnaleźć go i spotkać się z nim". Tak też się stało. Po 45 latach od wybuchu wojny, Neubert odnalazł Gnysia w Kanadzie. Napisał do niego list, w którym prosił o spotkanie. Jednak przez następne 5 lat zwlekał z jego wysłaniem obawiając się odmownej odpowiedzi Gnysia. W międzyczasie zachorował. Uznał wtedy, że za wszelką cenę musi doprowadzić do spotkania. Wysłał list i po trzech miesiącach otrzymał zaproszenie do Kanady. W tym czasie na lotniskowcu Intrepid (Muzeum w Nowym Jorku) Michael Dobrzelecki zorganizował wystawę poświęconą obchodom 50 rocznicy wybuchu II wojny światowej. Wtedy to opowiedziano epizod wrześniowy i opisano pierwszą walkę powietrzną nad Żuradą. Dobrzelecki, znając dobrze Gnysia, uznał że możliwe będzie zorganizowanie spotkania obu pilotów. Zaplanowano je na dzień 31 sierpnia 1989 r. w prywatnej posiadłości państwa Gnysiów w Beamsvillew Kanadzie. Dobrzelecki nie wiedział wówczas, że Gnyś otrzymał list od Neuberta. Obie inicjatywy zbiegły się ze sobą. W serdecznej atmosferze, w otoczeniu dziennikarzy i zaproszonych gości, dawni śmiertelni wrogowie, wymienili ciepłe słowa i uściski. Zrodziła się przyjaźń, która trwała nieustannie do dnia 28 lutego 2000 r. kiedy to zmarł nagle Władysław Gnyś. O spotkaniu z Gnysiem marzyła także Żurada leżąca za Olkuszem, na której to terenie spadły zestrzelone w dniu 1 września 1939 roku szczątki niemieckich samolotów. Kto zestrzelił samoloty dowiedział się mieszkaniec Żurady Stanisław Kasprzyk, kiedy został wybrany sołtysem w 1990 roku. Po zdobyciu tych wiadomości sołtys postanowił wraz z radą sołecką nadać imię pilota Władysława Gnysia miejscowej szkole, odsłonić pamiątkowy obelisk, a w nim umieścić fragment samolotowego silnika. Tak się też stało, z tym, że w Żuradzie byli przekonani, iż bohater już nie żyje. Mylnie więc napisano na obelisku, że Gnyś zmarł w 1984 roku! Tymczasem w kilka miesięcy później nadszedł list z Kanady zawierający zaskakującą odpowiedź, że Władysław Gnyś żyje! Ma 86 lat i nadal mieszka w Kanadzie. Wkrótce do Żurady dotarł list" "Zawsze marzyłem, by móc raz jeszcze odwiedzić rodzinny kraj, ucałować krzyż w Sarnowie". Tam bowiem się urodził i gdy we wrześniu 1939 roku na krótko zaglądnął do domu przyrzekł: "Jezu jeśli pozwolisz mi kiedyś jeszcze tu wrócić, ucałuję Twoje stopy i polską ziemię, zanim Bóg powoła mnie do siebie". Gnyś po raz pierwszy odwiedził Żuradę w czerwcu 1996 roku. Z obelisku usunięto linijkę z informacją o jego śmierci. Pierwszą wizytę złożył w Olkuszu. Witano go jak bohatera chlebem i solą. Rada Miasta nadała Władysławowi Gnysiowi tytuł honorowego obywatela. Modlił się on w miejscowym kościele, spotkał się z młodzieżą. A potem udał się do Żurady, gdzie oczekiwało go ponad dwa tysiące mieszkańców. Każdy chciał go zobaczyć, przywitać się z nim, wielu czatowało na jego autograf. Pilot był wzruszony do łez. Powtarzał tylko: "Nigdy nie myślałem, że dożyję tak wspaniałej chwili". W pewnym momencie podszedł do silnika podziurawionego jego strzałami i klepiąc go ręką powiedział: "Trafiłem cię siedem razy, po co tu przyleciałeś?" Gnyś był zaskoczony tym, że w Żuradzie zachowano fragmenty zestrzelonych samolotów. Mieszkańcy i młodzież byli szczęśliwi, że mogli witać w swojej miejscowości autentycznego patrona swojej szkoły. Na pół roku przed śmiercią Władysław Gnyś został awansowany do stopnia podpułownika i odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W Olkuszu otwarta została wystawa "Walka-Pojednanie-Przyjaźń: Gnyś, Neubert - piloci września 1939".Organizatorem wystawy był Waldemar Serocki. Zapytany przez dziennikarzy, co skłoniło go do organizacji tej wystawy odpowiedział: "Jako siostrzeniec Władysława Gnysia i przyjaciel Franka Neuberta postanoiwłem ocalić od zapomnienia dokonania bohaterskich lotników. Dlatego zorganizowałem tę wystawę jako przesłanie dla młodych. Wystawa dokumentuje fotografie i artykuły prasowe oraz przedstawia dokumenty historyczne z okresu wojny, a także fakty nawiązujące do spotkania obu pilotów".

Artykuł opublikowany w Zeszycie nr 6 - " Lotnicy 2 Pułku lotniczego w Krakowie"

Powrót  ]


Teresa Gruszewska - Dziecko wojny

gruszewska Córka 2 Pułku Lotniczego w Krakowie miała jedenaście lat gdy wybuchła wojna. Jej ojciec lotnik-mechanik zginął kilka lat wcześniej. Ona, jedynaczka, z matką musiała się przedzierać przez wojnę i życie, wędrowały z Krakowa, wracały. Gdy matka zaczęła pracować w miejskiej komunikacji, nastoletnią Teresę, po pospiesznym zaprzysiężeniu wysyłano do umówionych punktów z pismami, meldunkami, paczkami. Każde otwarcie takiej paczki przez Niemców było śmiertelnym zagrożeniem. Była bowiem w nich i broń w częściach. W krakowskich tramwajach działała silna organizacja AK-owska, a Teresa była niezastąpiona jako nieustraszona łączniczka. Zamieszamy garść wspomnień z tamtych lat Teresy Gruszewskiej opublikowanych w wydawnictwie książkowym "Moje wojenne dzieciństwo" tom 14, Warszawa 2004 r.: - Początek końca szczęśliwego dzieciństwa. - Wakacje 1939 roku. Jestem w Myślenicach na kolonii dzieci pracowników 2 Pułku Lotniczego z Krakowa. Miało być wesoło, a jednak wisiało coś w powietrzu co gasiło ten nastrój. Pojawiają się symptomy wojny. Z okien naszego budynku widać długie kolumny wojska. Upalny dzień. Żołnierze maszerują w pełnym rynsztunku, bardzo zmęczeni i zakurzeni kierują się na południe. Zakończenie kolonii nastąpiło wcześniej. Wracaliśmy przestraszeni do Krakowa. Przez ostatnie dni sierpnia 1939 roku, dzieci razem z rodzicami przygotowywały okopy za budynkiem szkolnym. Pierwszego września o 5.30 zbudził nas potworny warkot niemieckich samolotów. Usłyszeliśmy wybuch bomb zrzuconych na pobliskie lotnisko. Zostały uszkodzone budynki, zginęło wiele osób personelu, wiele odniosło rany. Ponieważ naloty się powtarzały, przeniosłam się razem z mamusią, bo tata już nie żył, do znajomych na ul. Świętokrzyską w Krakowie. Tam aparat radiowy był włączony bez przerwy. Muzykę przerywał ponury głos spikerki: "Uwaga, uwaga, tu Karol, tu Karol, nadchodzi, nadchodzi". Była to zapowiedź nadlatujących nad miasto obcych samolotów. Syreny alarmowe wyły przejmująco. Zdarzało się, że przed zapowiedzianym ostrzeżeniem wróg już był nad Krakowem zrzucając swoje ładunki bombowe na Kazimierz, dworzec towarowy czy Podgórze, względnie tylko przelatując nad domami. Po chwili głos z radia: "Uwaga- uwaga! Przeszedł-Przeszedł!" Odwołanie alarmu. Chwila odprężenia. Czyjś głos dodaje otuchy: "Anglia i Francja już idą z pomocą"... I znów; "Uwaga-uwaga, tu Kawa nadchodzi"... Tak było dniem i nocą. Było to trudne do wytrzymania, więc wróciliśmy do Rakowic. Pierwszy dzień wojny to zaskoczenie, ale i ufność, że się nie damy, że nadejdzie pomoc. Następne dni to panika - kto może w pośpiechu opuszcza miasto. Z tobołami na plecach, na wózkach dziecięcych, przypiętymi do rowerów - jak kto może. Ulicą Mogilską wędrowały gromady ludzi - kierunek na wschód. Bombardowania powtarzają się. Lotnisko opustoszało, hangary płoną. Pali się też pałac księży Pijarów przy lotnisku. Rodziny wojskowych i pracowników cywilnych 2 Pułku Lotniczego pociągnęły za wojskiem. Moja mama również w pośpiechu zapakowała niezbędne rzeczy do pieszej wędrówki i ruszyłyśmy za innymi w stronę Proszowic. Wędrówka nie była spokojna, gdyż często przelatywały eskadry samolotów niemieckich siejąc popłoch wśród uciekinierów. Podczas jednego z takich przelotów wywiązała się strzelanina miedzy wojskiem idącym przed nami, a myśliwcami wroga. Przeżyliśmy wiele strachu leżąc w rowach i pod krzakami. Po powrocie z ucieczki zastałyśmy mieszkanie otwarte, częściowo ogołocone. Kraków był już zajęty przez wrogów. W październiku zezwolono dzieciom na naukę. Budynek szkolny na Rakowicach przejęły wojska niemieckie, trzeba więc było chodzić do odległej szkoły w Prądniku Czerwonym. Żyć było coraz trudniej. Chleb gliniasty w niewystarczającej ilości, marmolada z brukwi i margaryna - to cały przydział na kartki. Pozostałe produkty, jeżeli kogoś było na to stać, zdobywano na wsiach, najczęściej drogą wymiany za odzież, dywany i biżuterię. Sklepy odzieżowe były tylko dla okupanta. Rok 1941 - jesień. Byłam w klasie szóstej. Mamusia podjęła pracę w Miejskiej Kolei Elektrycznej (później MPK) w charakterze konduktorki, tj. sprzedającej bilety w tramwaju. Bywało, że kiedy miała służbę przed południem, tj. od godziny 5 do 14, jeździła też za kogoś na drugiej zmianie, aby więcej zarobić na codzienne utrzymanie. Wtedy ja donosiłam do kasy biura należność za bilety z pierwszej zmiany i odpisywałam rozkład jazdy na następny dzień. Któregoś dnia kierownik biura, inspektor Mrozowski zapytał mamę czy zgodzi się, abym zaniosła list, który trzeba doręczyć na godz. 16, ponieważ mieszkamy w Rakowicach, to mamy bliżej. Podał adres - tuż za koszarami, ul. Dobrego Pasterza i numer domu, przed którym ktoś to ode mnie odbierze. Wyruszyłam w drogę. Polecenie wykonałam bez trudu, za co otrzymałam dużą torbę śliwek. Miały one ułatwić powrót w razie spotkanie niemieckiego patrolu, który mógłby spytać po co chodziłam w tamtą stronę. Nie obyło się bez strachu. Gdy już byłam w połowie drogi między koszarami a pałacem księży Pijarów, na pobliskiej płycie lotniska ruszył do startu samolot - zapewne ćwiczebny. Jego trasa wiodła od hangaru w moją stronę. Maszyna jadąc po murawie z coraz większą szybkością nie odrywała się od ziemi. Dopiero w ostatniej sekundzie uniosła się w powietrze, tuż przed ogrodzeniem o wysokości 60 cm, wzdłuż którego prowadziła droga. Nie mogąc już uciec przed samolotem rzuciłam się do rowu biegnącego poboczem. Śliwy przepadły. Pomimo przeżytej grozy wędrówkę powtarzałam jednak jeszcze kilkakrotnie wiedząc, że to bardzo ważne. Po kilku miesiącach drogę zamknięto włączając ją w teren lotniska. Okupant rozpoczął dręczenie rodzin związanych z byłym 2 Pułkiem Lotniczym. Jest rok 1942 - kwiecień. Po lekcjach poszłam ul. Topolową, by w sklepie papierniczym kupić sobie potrzebny zeszyt. Mamusia po pracy była w domu. W tym czasie przyszedł po mnie policjant polski tzw. granatowy, z listą na wyjazd na roboty do Niemiec. Ja- trzynastolatka – znalazłam się na tej liście. Od wyjazdu uchronił mnie tenże policjant. Poradził mamusi, aby wysłała mnie gdzieś na wieś, a on tymczasem załatwi skreślenie mnie z listy. Ponieważ nie miałyśmy nikogo, ani rodziny ani znajomych na wsi, sam podał nam adres, gdzie mogę przeczekać. Skorzystałam z jego pomocy. Wieś nazywała się Rzochów czy Rzechów koło Mielca. Miałam więc przymusowe wakacje. Po dwóch tygodniach mamusia przyjechała po mnie z wiadomością, że już wszystko załatwione. Wracamy koleją. Na dworcu w Krakowie duże zamieszanie. Niemcy obstawili dworzec. Łapanka. Kontrola bagażu. Na udało się dostać do wyjścia. Teraz dodam drobne wyjaśnienie. Otóż dworzec kolejowy był tak odgrodzony, że nikt się z niego nie mógł wydostać inaczej niż przez specjalne wyjścia, które były dwa obok siebie. Jedno dla "panów świata" Niemców, drugie dla nas Polaków. Mamusia z dużą torbą z moją odzieżą wyszła pierwsza, oddając zużyty bilet, gdyż inaczej nie można było wyjść z dworca. Ja miałam małą nieładnie zapakowaną, ciężką paczkę. Wręczył mi ją gospodarz przy wyjeździe ze wsi z poleceniem, aby oddać temu kto mi dał jego adres. Zwracając bilet przy wyjściu zostałam poinformowana przez biletera, wskazującego mi drugie wyście, że "Fur Deutsche ist dort". Nie tracąc głowy i nie chcąc pokazać, że się pomylił, zawróciłam i pomaszerowałam przez ich wyjście. Do dziś jest dla mnie zagadką, czy była to pomyłka biletera czy taki sposób bezpiecznego wyjścia przygotowany przez znajomego policjanta. Następnie trzeba było przejść przez sito obstawy. Ponieważ wyszłam wyjściem dla Niemców - na mnie szczęśliwie nie zwrócili uwagi. Z dala zobaczyłam przerażoną minę mamusi i czekającego w pobliżu znajomego policjanta. Odebrał ode mnie paczkę, zapewniając, że wszystko w porządku i już mogę wracać do domu. Skończyłam klasę szóstą. Nasz katecheta ks. Gałat spędza wakacje w swym rodzinnym domku koło Bieżanowa. W niedzielę po mszy św. w kaplicy w Rakowicach ks. Roman Garczyński zwraca się do mnie, mówiąc, że ma dla księdza Gałata grubszy, bardzo ważny list, który trzeba doręczyć, ale nie koleją. Pytam mamusię o pozwolenie i otrzymuję zgodę. Idę pieszo polami, a ze mną koleżanka Marysia, która zna drogę do Bieżanowa, gdyż ma tam dalszą rodzinę. O liście nic nie wie. Powiedziałam jej tylko, że ksiądz katecheta ma stawić się w Kuratorium, co zresztą nie było prawdą. Pełnego adresu nie mamy. Po przybyciu na miejsce nie miałyśmy kogo spytać, gdzie mieszkają Gałatowie. Wreszcie dostrzegamy w rynku siedzącego przed jednym z domów, w ganku, starszego mężczyznę. Zapytany o dom Gałatów wskazuje nam kierunek, przykazując iść prosto drogą. Doszłyśmy już łatwo. Przed domem czekał na nas ks. Gałat wraz z rodzicami. Widocznie ten starszy pan był "punktem kontaktowym". Czekał on na nas i powiadomił księdza o naszym przybyciu. Po krótkim odpoczynku wróciłyśmy koleją jeszcze przed godziną policyjną. Lipiec 1942 r. Niedługo cieszyłam się wakacjami. Wkrótce pojawiło się nowe zmartwienie - przysłano wezwanie z Arbeitsamtru kierujące mnie do pracy w fabryce papieru, a ściślej kopert, pod nazwą "Wesko-Millu" przy ulicy Glinianej. W ten sposób, 15 lipca 1942 r. z uczennicy stałam się robotnicą. Wyznaczono mi stanowisko w hali maszyn, gdzie pracowałam w ogromnym łoskocie żelaza, bez ochraniaczy na uszach. I znów zaczęły się starania znajomego policjanta o przywrócenia mnie do szkoły. W rezultacie 9 listopada zostaję zwolniona z "Wesko- Millu". Ale Arbeitsamt nie rezygnuje - zamiast do szkoły kieruje mnie do szwalni mundurowej Hanischa przy ul. Sławkowskiej 12. Do pilnowania pracownic były dwie Niemki. Jedna z nich, Lucy, była nawet względna, druga natomiast, Gertruda, bardzo znęcała się nad nami. Nigdy nie wiedziało się kiedy, z której strony i za co dostanie się w twarz. Był tam zwyczaj, że codziennie inne pracownice w czasie przerwy śniadaniowej przynosiły Szwabom posiłek z pobliskiego Grand Hotelu. Dostawało się od nich ich dowody i na tej podstawie odbierało się tam śniadania. Któregoś dnia obowiązek ten przypadł na mnie. Gdy z Ausweisami Niemek wyszłam z budynku przystąpiło do mnie dwóch młodych mężczyzn wyglądających na robotników, którzy zażądali pokazania szwabskich dowodów. Z jednego z nich coś spisali, po czym zwrócili dokumenty, podziękowali i pospiesznie oddalili się. Po kilkunastu dniach Gertruda została zastrzelona w swoim mieszkaniu. U Hanischa przemęczyłam się do 5 marca 1943 r. Stąd ponownie skierowali mnie do "Wesko-Millu", do fabryki papieru. Tym razem przeznaczono mnie do maszyny wykonującej dla wojska feldposty. Oczywiście najpierw przyuczenie, które za moją sprawą trwało bardzo długo. W tym czasie od 9 do 20 marca korzystałam ze zwolnienia lekarskiego. Następnie poprowadzono remont maszyn zorganizowany przez naszych monterów. Wreszcie zdenerwowany dyrektor fabryki Steinbrecher nakazał rozpoczęcie pracy przy feldpostach. Nie chcąc wykonywać tych rzeczy dla wrogiego wojska, następnego dnia nie zgłosiłam się do pracy. Otrzymałam pierwsze wezwanie. Następne 16 czerwca 1943 r., ale już z groźbą, że jak się nie stawię do pracy, to przekażą mnie na roboty do Niemiec. I tym razem nie podporządkowałam się. Kolejne wezwanie - grożące ukaraniem przez władze wojskowe. Pomimo tego do pracy nie poszłam. Dla bezpieczeństwa nie przebywałam w domu, tylko u znajomych, co parę dni u innych. Mamusia po pracy też nocowała coraz to u innej konduktorki. Pewnego dnia wystarawszy się u lekarza "tramwajowego" o zwolnienie chorobowe chciała cos zabrać z naszego mieszkania. Po włożeniu klucza w zamek w ostatniej chwili zauważyła, że drzwi są przemyślnie oplombowane. U samej góry wbite malutkie gwoździki, jeden w futrynę, drugi do drzwi i związane nitką. Widocznie ktoś miał nakazaną obserwację mieszkania. Znów pomógł znajomy policjant, który do fabryki posłał pismo stwierdzające o zatrzymaniu mnie w łapance na roboty do Niemiec. Udzielał także pomocy inspektor Mrozowski, który wraz z "tramwajowym" lekarzem, dr Chudzickim wystarał się o komisyjne, "lewe" stwierdzenia, że jestem chora na gruźlicę płuc, co zwalniało mnie z obowiązku pracy i skutecznie wybawiło mnie z opresji. Pod koniec czerwca egzamin z klasy siódmej, którą przerabiałam w domu. Wreszcie mam wakacje! We wrześniu 1943 roku zostaję przyjęta do szkoły zawodowej - dział trykotarstwa, przy ul. Pędzichów 13. Uczyłyśmy się w dużej sali gimnastycznej podzielonej na dwie części filarami. W jednej części naukę pobierało trykotarstwo, w drugiej równocześnie drugi rok bieliźniarstwa. Nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie, ponieważ tak dobierano program, że gdy jedna klasa miała lekcje tzw. głośne, inna miała w tym czasie rysunki. Pozostałe sale były zajęte przez inne grupy. Nie we wszystkich odbywała się nauka - dwie lub trzy sale zajęte były przez ukrywających się uciekinierów oraz dzieci odebrane z transportu, o czym większość z nas nie wiedziała. Dla części uczennic gotowano obiady, których one nie spożywały- żywiono nimi ukrywających się. Mimo, że nauka w zawodówce niewiele dawała prócz zawodu, chętnych było sporo, gdyż legitymacja szkolna chroniła w czasie łapanek, przynajmniej w pierwszych latach okupacji. Nie otrzymałam tu dobrego świadectwa, gdyż bywało, że godziny lekcyjne spędzałam w drodze z "listami". Brakowało mi potem przerabianego materiału. A zaczęło się to mniej więcej w miesiąc po rozpoczęciu nauki. Zostałam wezwana przez tercjana dyrektorki. Idąc po schodach na piętro przechodziłam w myślach wszystkie przewinienia uczniowskie. Nie znajdując żadnych, śmiało weszłam do kancelarii. Tu spytana przez dyrektorkę, czy wiem gdzie jest ulica Gontyna, dowiedziałam się, że mam tam zanieść list pod nr 7 i to czym prędzej. Mam nacisnąć dolny dzwonek, wyjdzie starsza pani, siwa, ubrana na czarno. Jej miałam oddać list i szybko wracać. W tym czasie na Salwatorze wille opuszczone na rozkaz okupanta przez właścicieli zajęły rodziny niemieckie. W domach mogli pozostać, zamieszkując w suterenach, tylko ci którzy zgodzili się utrzymywać czystość w budynku i dookoła. Często ten warunek przyjmowali właściciele, aby opiekować się swoją własnością. Sprawiłam się według wskazówek i to tylko raz. Późną jesienią jedna z uczennic została wysłana do Pleszowa, a mnie przydzielono do jej towarzystwa. Po otrzymaniu na miejscu dużej, naładowanej teczki, wracałyśmy tramwajem. Usiadłyśmy w przyczepce z dala od wejścia. Ówczesne tramwaje miały ławki umieszczone wzdłuż po bokach. Pasażerowie zajęli wszystkie miejsca siedzące. Bagaż umieściłyśmy między sobą na ławce. Do Poczty Głównej jazda była spokojna. Po zatrzymaniu się na przystanku przy poczcie tramwaj został otoczony przez niemieckich żandarmów. Dwóch z nich wpadło tylnym wejściem do wozu krzycząc: "raus- raus"! Zagarniali wszystkich do przedniego wyjścia. Ja wpatrując się uparcie w tego, który z wrzaskiem przeganiał pasażerów z naszej strony, równocześnie niemal automatycznie otwarłam teczkę z zeszytami szkolnymi, którą trzymałam na kolanach i sięgnęłam do środka. Żandarm zauważył to i nagle dziwnie się przestraszył. Wprost błyskawicznie wypchnął resztę ludzi i nerwowo oglądnąwszy się za siebie zamknął drzwi. I tak w kilka sekund wnętrze wozu było puste. Zostałyśmy same. Koleżanka blada, niezdolna do żadnego ruchu, ja zdziwiona, co go tak przeraziło - sięgałam do teczki tylko po legitymację szkolną. Opóźniony tramwaj ruszył w dalszą drogę. Była to jedna z licznych łapanek. I tak cudem ocalałe wróciłyśmy do szkoły. Rok 1944 - luty. Z polecenia inspektora Mrozowskiego udałam się w jedną z moich wędrówek do Rabki. Wróciłam nocą po wywiązaniu się z zadania. Ogromna śnieżyca, droga przez park. W ciemności na moment ukazały się dwie zielone iskierki - zapewne przebiegający kot. Nareszcie wydostaję się na drogę. Śnieżyca ustaje. W oddali dostrzegam sylwetki patrolu niemieckiego, zdążającego chodnikiem wzdłuż cmentarza. Pochyleni raźno maszerują przed siebie. Idąc od drzewa do drzewa doszłam w pobliże dworca kolejowego. Niestety, dworzec obstawiony przez Szwabów. Mając do odjazdu pociągu prawie dwie godziny ruszam ostrożnie w kierunku szosy na Chabówkę. Śnieżyca nasila się tak, że po prostu nic nie widać. Nie jestem pewna czy idę środkiem szosy. Na chwilę przystaję i dostrzegam za sobą niski słupek. Kilka kroków przed siebie i znów to samo. Wtedy domyśliłam się że tym "słupkiem" jest pies idący za mną. Bojąc się go zatoczyłam wielkie koło i wróciłam w stronę Rabki. A tymczasem pies za mną. Weszłam za ogrodzenie pierwszej napotkanej wilii. Śnieżyca zrzedła. Nagle usłyszałam z willi ostry głosy wydający rozkazy po niemiecku. Domyśliłam się czyja to siedziba. Zapomniawszy o psie w mig znalazłam się koło dworca. Obstawy już nie było. Weszłam ostrożnie do środka. Po zakupieniu biletu dostałam się do pociągu, który w kilka minut później ruszył do Krakowa. Do Rabki więcej nie pojechałam - nie uzyskałam zgody mamusi. Lipiec 1944 r. Zmieniamy mieszkanie. Ponieważ mamusia, jako konduktorka w MKE ma z Rakowic daleko do pracy- przeprowadzamy się do domu przy ulicy Wawrzyńca 18. Pierwsze groźne zdarzenie w nowym mieszkaniu nastąpiło w tydzień późnej. Tego dnia Mamusia miała służbę na "Jedynce". Ja po zdobyciu pieczywa zaniosłam jej śniadanie. Po dwóch godzinach powróciłam do domu. Zastaję drzwi do mieszkania rozbite, przybity skobel i zamknięte na kłódkę. Dozorczyni biegnąc za mną po schodach mówi, że z sąsiedniego mieszkania służąca splunęła przez okno na idącego ulicą żołnierza niemieckiego. Ten z wrzaskiem wbiegł na piętro, wyważył drzwi (nasze), ale stwierdził, że okna tego mieszkania wychodzą na podwórze i na szczęście nikogo w nim nie było. Widząc swą pomyłkę, dziko klnąc wybiegł na ulicę, a dozorczyni kłódką zabezpieczyła drzwi. Dowiedziawszy się co się stało bardzo podenerwowana ruszyłam z powrotem do mamy na linię. Szłam Starowiślną dziwnie pustą - czego w zdenerwowaniu nie zauważyłam - w kierunku poczty. Dochodząc do skrzyżowania z ul. Św. Gertrudy, za rogiem mimo chwili znalazłam się w grupie ludzi otoczonych przez żandarmerię niemiecką. Oprzytomniałam. Zobaczyłam pusty tramwaj na przystanku, z którego to zapewne przed chwilą zgarnięto ludzi. Spokojnie, energicznym marszowym krokiem, tak jak weszłam, tak i wyszłam z kręgu. Znalazłam się na stopniu tramwaju, a motorniczy wykorzystał ten moment i ruszył z kopyta w kierunku Dworca Głównego. Coraz częściej zdarzają się łapanki, coraz więcej patroli kontroluje, co się niesie. Pewnego grudniowego dnia za tramwajowego mam zanieść dużą paczkę, ciężką, opakowaną w papier do zaciemniania okien, do domu przy plantach Dietla, w pobliżu ul. E. Orzeszkowej. Paczkę wzięłam do torby na zakupy, na wierzch włożyłam ćwiartkę przydziałowego chleba i ubrana na zimowo w spodnie (wówczas mało jeszcze rozpowszechnione wśród kobiet), kurtkę oraz czapkę z daszkiem, wyruszyłam z rana, po godzinie policyjnej ul. Św. Wawrzyńca w kierunku celu. Będąc już na rogu z ul. Bożego Ciała zobaczyłam szwabów legitymujących przechodniów. Chcąc im zejść z oczu weszłam za ogrodzenie w pobliżu kościoła, po czym biegiem wpadłam do świątyni. Tylko przy głównym ołtarzu przy świecach odprawiano mszę świętą. Boczne ołtarze miały po jednej świecy. Była godzina 6.30 rano, ludzi w kościele było niewielu. Przyklęknęłam w bocznej prawej nawie za filarem. Po chwili w przedsionku tupot butów patrolu. W tym momencie słyszę koło siebie czyjś głos: " zdym czapkę", powtórnie: "zdym czapkę" i z naciskiem "zdym, zdym!". Mimo groźnej sytuacji roześmiałam się. Widocznie wtedy starszy człowiek, który zwracał mi uwagę zauważył, że spod czapki widać warkocze, że się pomylił. Mruknął przeciągle "ooo" i szybko się oddalił. W samą porę. Niemiecki patrol przeszedł przez środek kościoła i nie rozglądając się na boki powoli go opuścił. Po skończonej mszy świętej wyszłam ostrożnie wraz z grupą ludzi. Jednak nie dane mi było spokojnie dojść do celu. Było jeszcze ciemno, przede mną skrzyżowanie ulicy Krakowskiej z Plantami Dietla, no i... jakże inaczej, z wrogim patrolem. Cofnąć się już nie można, z tyłu nie wiadomo skąd również ich słychać. Nie zwalniając tempa idę prosto na patrol. W momencie mijania któryś z nich oślepił mnie latarką. Odruchowo, bez zastanowienia, odchylając głowę w bok, warknęłam "was machts du?" Latarka zgasła, a ja nie zatrzymując się pomaszerowałam dalej. W miarę oddalania się od nich nogi dziwnie mi zesztywniały, a w myśli odmawiałam bez przerwy "Pod Twoją obronę". Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy całą modlitwę od nowa, czy też kończąc powtarzałam w kółko jeden fragment. O, jakże długi był to odcinek drogi, tym dłuższy, że minęłam wskazany mi adres i skręciłam w ul. Orzeszkowej. Dopiero na zakręcie mogłam stwierdzić, że nikogo za mną nie ma. Po chwili zawróciłam i weszłam pod wskazany adres, już nie na nogach, ale drewnianych kłodach. Po specjalnym sygnale dzwonka otwarły się drzwi, ale nie te, do których dzwoniłam, tylko z podwórka wszedł jakiś mężczyzna. Przechodząc koło mnie jak gdyby mruknął "węgiel już mamy". W tym momencie zrozumiałam, że to hasło, a odpowiedź jakby z daleka dopłynęła do mej myśli. Odpowiedziałam "do pełna". Mężczyzna zawrócił i wskazał mi drogę przez podwórze do mieszkania. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Posadzono mnie na jakiejś leżance opierając o ścianę. Nieznajomy, który mnie przyprowadził wyszedł na chwilę, może na kwadrans. Po powrocie stwierdził, że wszystko jest w porządku. W godzinę potem wracałam z ustnym poleceniem, już bez niesienia czegokolwiek. Nieraz pytano mnie, czy się nie boję. Ja odczuwałam lęk, gdy otrzymywałam zadanie, lecz gdy byłam już w drodze jedyną moją myślą było, że muszę za wszelką cenę to wykonać i to dodawało mi odwagi i sprytu. Ale nie zawsze hart ducha i szybki refleks zapewniały bezpieczeństwo. W połowie grudnia, krótko przed godziną policyjną wracałam do domu po wykonaniu zadania. Szłam ulicą Potockiego od Dworca Głównego w kierunku poczty. W pewnym momencie strzelanina. Ktoś ucieka. A Szwaby gonią i strzelają. Stało się to tak błyskawicznie, że nie zdążyłam dopaść do najbliższej bramy. I wtedy dostało mi się. Kulka przeszła mi powyżej kolana przez mięsień, na szczęście nie uszkadzając kości. Gdy strzelający pogonili dalej, kobieta, która widziała przez okno co się stało, przyniosła kawałek białej tkaniny, przewiązała ranę i pomogła mi dojść na pogotowie ratunkowe mieszczące się przy tejże ulicy w budynku straży pożarnej. Święta Bożego Narodzenia 1944 roku. Na stole wigilijnym więcej niż skromnie, a właściwie biednie. Mieszkałyśmy w kamienicy z dużą ilością lokatorów, a z żadnego mieszkania nie było słychać śpiewu kolęd. Wszyscy obawialiśmy się zbliżającego się frontu (wiedzieliśmy, że Kraków jest podminowany, szczególnie elektrownia, przy której mieszkałyśmy), a zarazem czekaliśmy na jak najszybsze wyzwolenie od okupanta. Styczeń 1945 r. Upragnione wyzwolenie coraz bliżej. Alarmy przeciwlotnicze już nie tylko dniami ale i nocami. Na ulicach miasta żołnierze radzieccy toczą ostre walki z wrogiem. 18 stycznia cały Kraków był wolny. Wraz z wyzwoleniem skończyły się moje wędrówki łączniczki, mój drobny wkład w walkę z okupantem. Kraków wolny – ogromna radość i oszołomienie, że tak szybko i tak mało uszkodzony. Mieszkańcy swobodnie chodzą po ulicach, wszak nie grożą nam już łapanki, wywóz do obozów śmierci czy na roboty do Rzeszy. Mamy spokój i swobodę, chociaż wojna trwa nadal. Już następnego dnia po wyzwoleniu Krakowa do pracy przystąpili tramwajarze, kto żyw własnymi siłami, po kilkunastu spychali z ulic miasta uszkodzone podczas walk wozy do remizy. Tam je remontowano, by były gotowe, gdy będzie mogła ruszyć komunikacja. Dość szybko podejmują pracę fabryki i biura, chociaż nie od razu była zapłata. Pracowano najczęściej za żywność z tzw. "UNRRA", tj. paczek z USA. Codziennie przybywa budynków, na których saperzy radzieccy piszą kredą: "min niet" – oczywiście po rozminowaniu. Ponieważ nasze mieszkanie zostało uszkodzone podczas wysadzania mostu, dostajemy przydział na inne, przy ul. Wybickiego 20. Z końcem lutego czy z początkiem marca, przed świtem, jeszcze raz groza bombardowania. To wrogi samolot przedostał się nad Kraków zrzucając swój ładunek. Wtedy uszkodzeniu uległa kamienica przy ul. Kremerowskiej Bocznej, gdzie bomba upadłszy tuż przy ścianie wyrwała kawał parteru. Przy ulicy Karmelickiej 49 budynek łaźni miejskiej legł aż do piwnic, grzebiąc zamieszkałych tam siedem osób wysiedlonych z Warszawy. Również całkowitemu zburzeniu uległ dom przy ulicy Krowoderskiej, jak też dostało się budynkowi poczty dworcowej. W jakiś czas potem, nie pamiętam daty, ściana tejże poczty runęła przygniatając na śmierć przechodzącą kobietę z dzieckiem. Tak to w wyzwolonym Krakowie nadal ginęli ludzie. Chociaż walki frontowe rozgrywały się na Śląsku – nadal słychać było detonacje. To polscy saperzy unieszkodliwiali miny poza Krakowem wykryte wcześniej w budynkach miasta i na polach uprawnych, które wciąż groziły śmiercią. Śródmieście miało nadal wygląd twierdzy wojennej. Wrażenie takie sprawiały bunkry i olbrzymie kloce betonowe, umieszczone przez okupanta na skrzyżowaniach ulic, które miały za zadanie po ich wysadzeniu zatarasować przejazd czołgom wyzwalającym miasto. Walki już w Berlinie... Wreszcie kapitulacja Niemiec i koniec wojny. Koniec tej strasznej udręki! Minęły lata, a we mnie wciąż tkwią przeżycia okupacyjnych ponurych dni. Do dziś mam w uszach warkot tamtych samolotów... (Teresa Gruszewska)

Wspomnienia te umieszczono w "Zeszycie Historycznym" Nr 5, zatytułowanym " Dzieci Wojny "

Powrót  ]


Płk pilot Stanisław Chałupa

chalupa Płk pilot Stanisław Chałupa urodził się w 1915 roku. Absolwent "Szkoły Orląt". Uczestnik Kampanii Wrześniowej 1939 r., pilot myśliwski Polskich Sił Lotniczych na Zachodzie, walczący w ramach grupy "Montpellier" w kampanii francuskiej. Pilot 302 "Poznańskiego" Dywizjonu Myśliwskiego - uczestnik Bitwy o Anglię. Odznaczony Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Francuskim Croix der Guerre. Walczył pod niebem Warszawy, Paryża i Londynu. Swoją lotniczą karierę rozpoczął pilot Stanisław Chałupa w 2 Pułku Lotniczym na Rakowicach. Miał zaliczone w swoim ziemskim kalendarzu 89 lat, kiedy rodzina i przyjaciele lotnicy z kompanią honorową Wojska Polskiego, żegnały go w piękny kwietniowy dzień 2004 roku na cmentarzu krakowskim w Prokocimiu, do którego powrócił po wielu latach tułaczki. Płk Chałupa był właściwie jednym z najstarszych pilotów walczących w czasie II Wojny Światowej. W tej ostatniej drodze towarzyszyli mu tylko por. Józef Zubrzycki, który także zaliczył dziewięć krzyżyków i 50 bojowych lotów do okupowanej Europy i płk Ludwik Krempa pilot 304 Pomorskiego Dywizjonu Bombowego. W tej ostatniej drodze towarzyszyła mu tylko siostra z rodziną, bo żonę pochował jeszcze w Kanadzie. Towarzyszyli mu także seniorzy Krakowskiego Klubu Lotnictwa, którego był członkiem. Na pogrzeb przybyło wielu mieszkańców Prokocimia i Krakowa, bowiem z tej dzielnicy Krakowa pochodziło najwięcej lotników walczących w czasach ostatniej wojny. Tu na rogu ulic Górników i Na Wrzosach stanął skromny pomnik poświęcony ich pamięci. Długa i wyboista była droga życiowa płk. pil. Stanisława Chałupy. Urodził się w 1915 r. w miejscowości Zalas w pow. chrzanowskim, ale już do szkoły powszechnej chodził w Prokocimiu. Następnie kontynuował naukę w krakowskim gimnazjum nr 9. Już po złożeniu matury w 1935 roku wstąpił ochotniczo do Szkoły Podchorążych Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Jednak ta formacja wojskowa nie spełniała jego oczekiwań. Zamarzył o lotnictwie i już w styczniu 1936 r. rozpoczął naukę w szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. W październiku 1938 roku otrzymał promocję na podporucznika pilota oraz otrzymał przydział do 123 Eskadry Myśliwskiej 2 Pułku Lotniczego w Krakowie. W parę miesięcy później por. Chałupa wysłany zostaje na kurs radiooperatorów technicznych do Warszawy. Tam też zastała go wojna. Wraca do Krakowa, gdzie jego eskadra zostaje włączona do Brygady Pościgowej. Zginął dowódca eskadry i dwóch pilotów oraz pięć samolotów zostało zestrzelonych. Tak rozpoczęła się służba podpor. Stanisława Chałupy w Wojsku Polskim, która wypadła na najtrudniejszy okres historii Polski dwudziestego wieku. Od pierwszego dnia wojny walczył w powietrzu z niemieckimi samolotami. Latał jak umiał najlepiej, ale przecież latał na przestarzałym sprzęcie jakim był PZL P-7. Jednak umiejętności pilotażu, odwaga a nawet brawura, pozwalają porucznikowi Chałupie, już 5 września 1939 roku, zestrzelić pierwszego Messerschmitta, który osłaniał wyprawę bombową zmierzającą na Lublin. Przez pierwsze dni wojennej pożogi podpor. Chałupa walczy startując z lotnisk w Warszawie, Lublinie, Brzeżanach. Jednak nadchodzi dzień 17 września kiedy Armia Czerwona anektuje terytorium wschodnie Polski i kończą się możliwości przeciwstawienia się dwóm wrogom. Dostaje rozkaz wylotu do Rumunii. Ląduje na RWD-8 w miejscowości Jassy. Tam musiał zdać sprzęt i zostać internowany w wojskowym obozie Baile Govora. Jednak por. S. Chałupa zdawał sobie sprawę, że gdzieś we Francji tworzy się polska armia i jego obowiązkiem jest tam udać się, a nie wyczekiwać końca wojny w obozie dla internowanych. Z chwilą otrzymania paszportu konsularnego, w dniu 12 listopada 1939 roku, wyrusza pociągiem do portu Balczik, ażeby statkiem Patris dopłynąć do Marsylii. Stamtąd wyrusza do Lyonu-Bron bazy polskiego lotnictwa. Tam w pierwszej osiemnastoosobowej grupie zostaje przeszkolony na francuskich myśliwcach Morana MS-406. Następnie po ukończeniu kursu cała grupa przydzielona zostaje do sześciu eskadr francuskich. W lutym 1940 roku por. Chałupa skierowany zostaje na lotnisko przyfrontowe, do lotów rozpoznawczych i patrolowych rejonów nadgranicznych. Już w dniu 2 kwietnia samolot por. Chałupy znalazł się nad Niemcami, aby dokonywać lotów zwiadowczych. Takich lotów w kwietniu i maju nad Niemcy odbyło się aż dziewięć. W dniu 11 maja 1940 roku stacza zacięty pojedynek z bombowcami niemieckimi, w czasie którego zestrzeliwuje Heinkla He-111. W dniu 2 czerwca dochodzi do walk z niemieckimi samolotami nad granicą szwajcarską. Jeden z samolotów niemieckich ostrzelanych jego ogniem zsunął się w kierunku ziemi. Por. Chałupa meldował to jako zestrzelenie prawdopodobne, ale potwierdzone zostało dopiero w trzecim dniu. W tym samym roku w czerwcu dochodzi do walk powietrznych nad Paryżem. Tam zestrzeliwuje w pierwszym locie Messerschmitta M-109, zaś w drugim locie posyła na ziemię dwa Junkersy Ju-87. Po kapitulacji Francji, 17 czerwca 1940, ppor. Stanisław Chałupa opuszcza jednostkę Grouppe de Cahasse GC1/2. Przy pożegnaniu słyszy z ust swojego dowódcy Cdt. Daru, iż zostanie przedstawiony do odznaczenia za czyny na polu walki. Francja upadła a por. Chałupa przedostaje się do Wielkiej Brytanii, by w składzie 302 RAF Dywizjonu Myśliwskiego walczyć o Anglię. Nie dowiedział się wówczas, czy jego dowódca dotrzymał obietnicy. Sprawę tą wyjaśnia Bartłomiej Belcarz w " Skrzydłach" nr 157/643 str. 48. Twierdzi on, że por. Chałupa pod ciężarem wojennych i powojennych przeżyć, nie wracał nigdy do tej sprawy, uważając ją za mało istotną w toku wojny. Natomiast po wielu latach wspominał o tej sprawie Bartłomiejowi Belcerzowi, specjalizującemu się w tematyce lotniczej. Na skutek interwencji Belcarza w Ambasadzie Francuskiej udało się dotrzeć do archiwów wojennych i wyjaśnić cała tę kwestię. A więc dowódca Daru dotrzymał obietnicy i już w dniu 3 września 1940 roku władze francuskie przyznały por. Stanisławowi Chałupie Croix de Guerre z palmą-5. Było to najwyższe odznaczenie bojowe francuskie. Uroczyste wręczenie tego odznaczenia nastąpiło dopiero po 60 latach - 18 października 2000 roku w Konsulacie Francuskim w Krakowie. Jak wyjaśnił mi sprawę por. Józef Zubrzycki z Krakowa, który był w posiadaniu książki lotów bojowych por. Chałupy, według tego dokumentu naszemu pilotowi S. Chałupie zaliczono 10 zestrzeleń na terenie Francji. Sprawa ta miała jeszcze dalszy ciąg o czym wspomina Bartłomiej Belcarz, który w późniejszym czasie natknął się w archiwach "Service Historique de I’’Armee de lair" na oficjalną informację GCI/2, w której znalazł informację, że por. Chałupa został odznaczony pośmiertnie najwyższym odznaczeniem francuskim - Legią Honorową. Wynika z tego, że zaszła pomyłka co do dalszych losów por. Chałupy, który przeniósł się do Anglii, a nie do wieczności, jak we Francji pomyłkowo stwierdzono. Porucznik Józef Zubrzycki twierdzi, że Legię Honorową przyznawano we Francji za 10 zestrzelonych samolotów wroga, fakt ten potwierdza książka lotów por. S. Chałupy. Jak się okazało, w walkach pod francuskim niebem w 1940 r. walczyło 150 polskich lotników odnosząc 50 zwycięstw w powietrzu. W sumie w walkach o wolność Francji w latach 1940 do 1945 roku zginęło 300 polskich lotników, a groby ich rozsiane są po całym terytorium Francji. W Anglii por. S. Chałupa rozpoczął służbę w 302 Dywizjonie Myśliwskim, utworzonym 10 lipca 1940 r. z pilotów, którzy przybyli do Francji po jej upadku. W składzie dywizjonu było 11 oficerów 16 podoficerów. Lata na samolotach Hurricane. Już 15 sierpnia Dywizjon zostaje włączony do akcji bojowych, wchodząc w skład lotnictwa obrony powietrznej. 21 sierpnia klucz polskich myśliwców w składzie: Riley, Chałupa i Paterek, atakuje dwa bombowce Ju 88. Podczas walk por. Chałupa zestrzeliwuje Ju-88, a drugiego Paterek. Samolot Chałupy został uszkodzony w walce, a pilot zmuszony był do lądowania w przygodnym terenie doznając niegroźnych obrażeń. W dniu 15 września por. Chałupa zestrzeliwuje dwa samoloty wroga Dorniera 17 i Dorniera 215. 21 grudnia 1940 r., rozkazem wydanym przez gen. W. Sikorskiego został odznaczony srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. w 1941 roku Stanisław Chałupa awansuje do stopnia porucznika oraz zostaje odznaczony Polową Odznaką Pilota nr 315. Wiosną 1942 roku porucznik Chałupa po doznaniu poważnej kontuzji, zostaje przeniesiony na stanowisko dowodzenia, oraz pełniącego obowiązki instruktora pilotażu. Stało się to na skutek silnego zapalenia zatok, którego doznał jeszcze w czasie lotów rozpoznawczych nad Francją. Teraz zatoki dały znać po raz wtóry, musiał poddać się operacji i został zawieszony w lotach bojowych. Przeszedł przeszkolenie nawigacyjne i już do końca wojny zajmował się tą dziedziną. Kiedy zakończyła się wojna por. Stanisław Chałupa, zdecydował się nie wracać do kraju, podobnie jak tysiące innych zdemobilizowanych żołnierzy. Nastał okres wyczekiwania, rozterki. Co robić dalej? Problem niezmiernie trudny do rozgryzienia. W 1948 roku, Stanisław Chałupa otrzymał zezwolenie na wyjazd do Kanady. Warunkiem było posiadanie 2000 dolarów, jako niezbędnych do zakupu farmy. Ponieważ nie posiadał takiej sumy pieniędzy, wówczas zaproponowano mu wyjazd do najdalej wysuniętej części zachodniej Kanady. początkowo zakupił farmę od Ukraińców, ale po pewnym czasie zorientował się, że warunki życia i egzystencji są zbyt ciężkie i postanowił przenieść się do Ontario, najbardziej zaludnionej części Kanady, w której przebywało wielu polskich lotników. Tam został zatrudniony w fabryce samochodów. Pracę rozpoczął jako zwykły robotnik. Po wielu jednak latach awansując wszedł do zarządu fabryki i został szefem działu lakierniczego, mając do dyspozycji 30 pracowników. Jednak po kilkunastu latach zakład został zamknięty. I tak, w 50 roku życia Stanisław Chałupa musiał od nowa szukać pracy. Przeglądając ogłoszenia prasowe natknął się na anons, iż potrzebują kogoś do pracy w fabryce maszyn rolniczych i ogrodniczych. Tam też został zatrudniony. W niedługim czasie zdobył nie tylko dobrą pozycję zawodową, ale także mógł wyjeżdżać do odbiorców maszyn rolniczych w całym Ontario. W tym zakładzie przepracował jeszcze 16 lat, aż do uzyskania pełnej emerytury, a na prośbę właściciela zakładu pozostał jeszcze w pracy dwa lata dłużej. Po śmierci żony Stanisław Chałupa powrócił w 1995 roku do Polski, ażeby już pozostać w niej na zawsze. Długo przyszło mu czekać na wyrazy pamięci tych, których nieba bronił. Bowiem dopiero w październiku 2000 attache wojskowy Francji płk. Galler odznaczył go francuskim "Krzyżem Wojennym 1939-1945". Również w tym samym roku został awansowany do stopnia podpułkownika. 30 kwietnia 2004 roku podpułkownik pilot Stanisław Chałupa został pochowany w rodzinnym grobie na cmentarzu przy ulicy Bieżanowskiej. Wrócił do rodzinnego Prokocimia, z którego wywodziło się się aż 19 jego kolegów lotników.

Wspomnienia te umieszczono w "Zeszycie Historycznym" Nr 1, poświęconym byłym pracownikom nowohuckich zakładów pracy, kawalerom orderu Virtuti Militari

Powrót  ]


Płk Wacław Król

krol Wacław Król urodził się 25 grudnia 1915 r. w Sandomierzu. Po zdaniu matury w 1934 r. ukończył szkolenie szybowcowe w Ustianowej, po czym wstąpił do Szkoły Podchorążych Piechoty w Różanie na kurs unitarny. Następnie rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, gdzie szkolony był na pilota myśliwskiego. 5 października 1934 r. został promowany na podporucznika. Przydzielono go do 123 eskadry myśliwskiej, a później do 121 Eskadry w 2 Pułku Lotniczym w Krakowie. W czerwcu 1939 r. mianowany został zastępcą dowódcy eskadry. W lipcu dowodził zasadzką w Wieluniu, a w sierpniu 1939r. w Aleksandrowicach. Tam zastała go wojna. 1 września zestrzelił wspólnie z kpr. Pawłem Kowalą samolot rozpoznawczy He 126. W związku ze zbliżającym się frontem wkrótce dołączył do III/2 Dyonu Myśliwskiego. 3 września podczas ataku na bombowce He 111 samolot Króla został trafiony i stanął w płomieniach, pilot wyskoczył na spadochronie i wylądował nad Wisłą, we wsi Kłaj. Został wzięty za Niemca, lecz z opresji wybawił go patrol wojskowy, który odwiózł go na lotnisko eskadry. 5 września wraz z kpr. Piotrem Zaniewskim zestrzelił He 111. 17 września wraz z dywizjonem dotarł do Rumunii. Potem dostał się 12 października 1939 r. do portu Bałczik nad Morzem Czarnym, aby statkiem "ST. Nicolaus" dopłynąć do Bejrutu. Po krótkim pobycie na Bliskim Wschodzie odpłynął do Marsylii we Francji. Tam trafił do polskiej bazy w Lyon- Bron. W styczniu 1940 r. znalazł się w grupie 21 pilotów, którzy pojechali do Montpellier na szkolenie na francuskich myśliwcach. Po jego zakończeniu, 29 marca 1940 r. Król wysłany został do Groupe de Chasse II/7 bazującej na lotnisku w Luxeuil. W jednostce tej Król latał na przechwytywanie niemieckich samolotów nad Francją, lecz nasilenie działań lotniczych nastąpiło gdy Niemcy zaatakowali Holandię, Belgię, Francję. Król zestrzelił na pewno jednego He 111. Podczas walki za linią frontu jego samolot został mocno uszkodzony, wobec czego zdecydował o wycofaniu się z walki i powrót do własnej bazy. Silnik samolotu stanął ok. 4 km od lotniska, Król wylądował z wypuszczonym podwoziem na polanie leśnej. Dzięki pomocy francuskich żołnierzy trafił z powrotem na lotnisko swej jednostki. Po kapitulacji Francji Król postanowił odlecieć na swoim Dewoitinie do Afryki. Miał wylądować w Algierze, lecz na skutek błędu nawigacyjnego trafił do Bone położonego 500 km na wschód od planowanego celu. 22 czerwca wykonał nawet patrol bojowy. Potem, zgodnie z rozkazem gen. Sikorskiego, statkiem via Gibraltar zabrał się do Anglii. 13 lipca 1940 r. dotarł do portu w Liverpoolu. Na początku sierpnia 1940 r. otrzymał przydział do Leconfield, gdzie formował się właśnie 302 Dywizjon "Poznański" pod dowództwem mjr. Mümlera. Trafił do eskorty "A" i rozpoczął szkolenie na Hurricanach I. W drugiej połowie września, kiedy dywizjon osiągnął dużą ilość zestrzeleń, Król pozostawał na ziemi, gdyż loty uniemożliwiła mu drobna kontuzja ręki, której nabawił się przy upadku ze skrzydła samolotu. 15 października 1940 r. nad Londynem strącił jednego Bf 109, lecz sam na resztkach benzyny musiał lądować na przygodnym lotnisku. 3 marcu 1941 r. wspólnie z ppor. Marcelinem Neyderem oraz z ppor. Bronisławem Bernasiem uszkodził pojedynczego Ju 88. 22 listopada 1941r. odszedł na odpoczynek - podjął pracę instruktora w 58 OTU w Grangemouth. Do latania bojowego wrócił w maju 1942 r. obejmując stanowisko dowódcy eskadry "B" w 316 Dywizjonie "Warszawskim". 5 czerwca 1942 r. nad Hawrem zestrzelił FW 190. Do służby na ziemi powrócił 1 grudnia 1942 r. obejmując funkcję kontrolera lotów w 315 Dywizjonie "Dęblińskim". Na początku 1943 r. zgłosił się ochotniczo do organizowanej właśnie jednostki, która miała zostać wysłania do Północnej Afryki (nazwana później Polish Fighting Team). 24 lutego 1943 r. wraz z parunastoma innymi polskimi pilotami odpłynął do Oranu. Po przewiezieniu na linię frontu polska eskadra została przydzielona do 145 squadronu i wyposażona początkowo w Spitfire`y V, potem w IX. W czasie walk w Tunezji Król zestrzelił na pewno samodzielnie trzy samoloty: 4 kwietnia Bf 109, 20 kwietnia włoskiego Macchi MC.202 oraz 21 kwietnia kolejnego Messerschmitta. Po powrocie do Wielkiej Brytanii, w lipcu 1943 r. skierowano go najpierw do 303, a potem do 302 dywizjonu. 18 października 1943 r. objął dowództwo tej jednostki. Cały czas brał udział w lotach, lecz nie zestrzelił już żadnego samolotu. 5 lipca 1944 r. odszedł do dowództwa 11 grupy Myśliwskiej, zaś od 1 października 1944 r. piastował funkcje dowódcy 61 OTU w Rednal. 30 stycznia 1945 r. przeniesiony został do 84 GSU (jednostki zapasowej 84 Grupy Myśliwskiej), gdzie został polskim senior oficerem. 10 marca 1945 r. przeniesiony został na stacje Andrews Field, został polskim dowódcą 3 Skrzydła Myśliwskiego, latającego na Mustangach. 25 kwietnia 1945 r. poprowadził dwa dywizjony skrzydła (303 i 316) na eskortę Lancasterów atakujących siedzibę Hitlera w Berchtesgaden w Alpach. 16 lipca 1945 r. przeniesiony został do Ahlhorn, gdzie stacjonowało 131 Skrzydło Myśliwskie (dywizjony 302, 308 i 317) i objął tam funkcję "Wing Commander Flying"- oficera ds. dowodzenia w powietrzu. Wacław Król odznaczony został Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari (nr 9543), czterokrotnie Krzyżem Walecznych, a także francuskim Croix de Guerre i angielskim Distinguished Flying Cross. Wykonał 286 lotów bojowych. Służbę w polskim lotnictwie zakończył w polskim stopniu majora i angielskim Wing Commandera. W październiku 1947 r. powrócił do Polski. Zamieszkał w Jędrzejowie, gdzie pracował jako sprzedawca. W 1948 r. przeniósł się do Warszawy i powierzono mu stanowisko dyżurnego ruchu w PLL LOT. Po roku stracił pracę na skutek nasilenia represji względem lotników z Zachodu i został kierowcą. Od 1951 r. był magazynierem w Chemicznej Spółdzielni Pracy, jednakże już po roku został zwolniony. Zatrudniono go wtedy w związanych z PAX-em zakładach Veritas, gdzie pracował także jako magazynier. Zmianę sytuacji przyniosły dopiero zmiany polityczne w kraju. 20 października 1956 r. w "Ekspresie Wieczornym" ukazała się publikacja; "Dowodził Dywizjonem 302 - obecnie pracownik fizyczny", w której zaprezentowano postać Wacława Króla. W efekcie 19 stycznia 1957 r. został powołany do Ludowego Wojska Polskiego, do Dowództwa Lotnictwa Operacyjnego. W późniejszym okresie przeszkolił się na odrzutowcach. Nie pełnił eksponowanych funkcji, a o każdym kontakcie, nawet listownym z bratem mieszkającym w Brukseli, czy z kolegami mieszkającymi na Zachodzie, musiał meldować zwierzchnikom. 13 października 1971 r. na własną prośbę przeszedł na emeryturę w stopniu pułkownika. Zajął się pisaniem książek dotyczących dziejów polskiego lotnictwa w II wojnie światowej, szczególnie zaś 302 Dywizjonu "Poznańskiego". Najbardziej znane jego książki to: "W dywizjonie poznańskim", "Mój Spitfire WX-L", "Walczyłem pod niebem Francji", "Walczyłem pod niebem Londynu" (o charakterze wspomnieniowym) oraz "Polskie dywizjony lotnicze w Wielkiej Brytanii 1940-1945", "Krakowskie skrzydła", "Zgłaszam zestrzelenie Me 262", "302 na start" (popularno-historyczne opracowanie dotyczące polskich eskadr i dywizjonów). Za powojenne zasługi Wacław Król odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 15 czerwca 1991 r. w wieku 75 lat. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. (Autor - Marian Oleksy)

Wspomnienie zawarte w "Zeszycie Historycznym" nr 6 o lotnikach.

Powrót  ]


Kpt. Mieczysław Herod

herod (Na zdjęciu M. Herod - po prawej, na zdobycznym motocyklu Afika Corps). M. Herod urodził się we wsi Rzeplin w 1918 roku. Szkołę powszechną ukończył w Skale. Służbę wojskową i szkołę podoficerską artylerii odbył w 6 PAL-u w Krakowie. Walczył pod Pszczyną. Potem ucieczka z kraju na Zachód. Dalsze wojenne ścieżki to: Węgry, Liban - gdzie tworzyła się BSK. Potem były walki pod Tobrukiem. Finałem wojennej kampanii M. Heroda było Monte Cassino. Odznaczony Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Pamiątkowym za Monte Cassino, Gwiazdą Afryki, Gwiazdą Italii i wieloma innymi odznaczeniami.

Bił się o wolność Polski pod Pszczyną, Tobrukiem i Monte Cassino. Mieczysław Herod urodził się we wsi Rzeplin w 1918 roku, a więc w historycznym roku, kiedy Polska odzyskała niepodległość po 123 latach niewoli. Dziś mieszka w Czyżynach wraz z rodziną. Jego mieszkanie pełne jest pamiątek, zdjęć, literatury wojennej i odznaczeń. Ten najważniejszy to order Virtuti Militari otrzymany za wojnę pod Pszczyną w 1939. Potem oglądałem wiele innych, jakże cennych odznaczeń i medali z wojennych dróg naszego bohatera. A więc: Brązowy krzyż z Mieczami, Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino, Medal Wojska Polskiego z podwójnym okuciem, Medal Zwycięstwa i Wolności, Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939 r., Krzyż Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Potem oglądałem odznaczenia brytyjskie i inne, takie jak: australijski Tobruk-Siege 1941. Mieczysława Heroda poznałem gdzieś w latach siedemdziesiątych, kiedy jeszcze pracował jako ekonomista w Kombinacie Metalurgicznym. Choć minęło trzydzieści lat od tamtych dni, przecież Mieczysław prawie się nie zmienił. Jak dawniej prezentuje się wspaniale, jak zawsze serdeczny i życzliwy ludziom. Znowu jak kiedyś, zaczynamy od wspomnień. Najpierw Mieczysław pokazuje mi rodzinne zdjęcie. Jest rok 1921. Mietek ukończył trzy lata i z tej okazji to rodzinne zdjęcie. On stoi obok krzesła na którym siedzi jego mama Józefa, obok stoi ojciec Stanisław w wojskowym mundurze. Ojciec wpadł do domu na kilkudniowy urlop z wojny polsko-bolszewickiej, na którą został zmobilizowany w rok po urodzeniu się pierworodnego. Pod komendą Piłsudskiego doszedł aż do Żytomierza. Szkołę powszechną Mieczysław Herod kończył w Skale, w której nauczyciele namawiali młodzież do czytania powieści historycznych rozbudzając w ten sposób patriotyzm. Chłopcy żałowali, że walki zbrojne o wolność Polski ustały, nie mając pojęcia, że za chwilę będą składać egzamin z patriotyzmu. Na razie pozostawała tylko służba wojskowa jako droga dalszej kariery. Tymczasem z Rzeplina, w którym Mieczysław spędzał młodość, chodziło się do Krakowa piechotą całe czternaście kilometrów. W domu było sześcioro dzieci, dziewięć morgów pola i długi zaciągnięte na to pole. Mietek uczył się dobrze, ale już do piątej klasy musiał udać się do Skały, by codziennie pokonywać pięć kilometrów drogi. Zawsze dużo czytał. Marzył o rowerze, ale nie stać go było na niego. Swoje marzenie spełnił dopiero po wojnie, kiedy wracając z wojennej tułaczki przytaszczył do Rzeplina rower. W tej swoistej atmosferze rozbudowanego patriotyzmu Mieczysław herod w wieku dwudziestu lat zgłosił się na ochotnika do 6 Pułku Artylerii Lekkiej w Krakowie. Tam odbył zasadniczą służbę wojskową, tam ukończył podoficerską szkołę artylerii zdobywając piątą lokatę. Jako kapral został pierwszym działonowym 5 baterii, II dywizjonu, 6 PAL-u. W czasie trwania służby wojskowej ukończył wszystkie możliwe kursy. Ponieważ okres służby kończył się 15 sierpnia 1939 roku, napisał podanie w szkole Podoficerskiej. W tym czasie planowana już była motoryzacja 6 dywizji dowodzonej przez gen. Bernarda Monda. Tymczasem zbierało się na wojnę. 25 sierpnia 1939 ogłoszono mobilizację tzw. kartkową. Mieczysław Herod dowodził już działonem, w skład którego wchodził jego zastępca, czyli jaszczowy, sześciu ludzi obsługi działa i sześciu jezdnych, oraz armata kaliber 75 mm wzór 1898 rok, produkcji francuskiej. 26 sierpnia 1939 wyjechali z koszar w Krakowie . Pierwsze dwa dni spędzili w Zabierzowie we dworze, gdzie czyścili i sprawdzali działa, bo wzięli je z fortu zupełnie nowe. 1 września cały ich dywizjon wyszedł na drogę w miejscowości Granica. Każda z baterii zajmowała prawie 120 m długości drogi. Pierwszego września ich kolumnę ostrzelały Messerschmitty. Myśleli, że to ćwiczebny nalot naszych samolotów. Niestety prawda okazała się bolesna. Rozpoczęła się wojna. Potem zobaczyli klucze hitlerowskich samolotów lecących na Kraków i inne miasta Polski, a za chwilę usłyszeli detonacje zrzuconych bomb.

Pierwszy chrzest bojowy

Pod Pszczyną piąta Bateria na rozkaz porucznika Duszyńskiego przygotowywała się do walki z czołgami. Działon kaprala Heroda rozlokował się we wsi Ćwiklice. Czekali w napięciu. Pierwszy września przeszedł im spokojnie. Ranek 2 września powitał ich gęstą mgłą, która dopiero przed południem zaczęła rzednąć. Jak wspomina w swoich pamiętnikach, pomiędzy godziną dziesiątą a jedenastą usłyszeli charakterystyczny łoskot czołgów zmieszany z terkotem umieszczonych na nich karabinów maszynowych i świstem pocisków. Nagle na przedpolu pojawiła się taczanka zaprzężona w trzy konie. Pędziła ona w cwale na przełaj, za nią grupkami wycofywała się piechota ścigana ogniem karabinów maszynowych wroga. Na przedpolu zapaliły się już stogi słomy. Nagle jak spod ziemi wyłoniły się czołgi. Kiedy zbliżyły się na odległość 800 metrów kapral Herod otworzył ogień z dowodzonego przez siebie działa. Strzelanie rozpoczęły także pozostałe działa 5 baterii. W pobliżu baterii kaprala Heroda naliczono około 40 czołgów, z których jedne ostrzeliwały baterie, a inne skierowały się na wieś Ćwiklice, gdzie znajdowały się pozostałe baterie 6 PAL-u. Czołg rozjechały dwie polskie baterie. Działony kaprali Heroda i Dryi strzelały na wprost, najpierw przeciwpancernymi pociskami, a potem rozpryskowymi. Ich działony najlepiej wstrzelane zniszczyły trzy czołgi i kilkanaście unieruchomiły. W tym czasie inne działony wycofywały się. Zapalone stogi słomy, pył i kurz oraz mgła nie pozwalały na dokładne wstrzeliwanie się w nieprzyjacielskie czołgi. Pozostało wycofywanie się. W końcu i im udało się stamtąd wydostać. Ale z dwudziestu czterech armat ich dywizjonu zostało tylko dwanaście. Dopiero potem dowiedzieli się, że zostali zaatakowani przez 150 czołgów Guderiana. Za ten upór, za walkę do ostatka, wśród dwudziestu srebrnych krzyży Virtuti Militari, jeden przypięto kapralowi Mieczysławowi Herodowi. Potem rozpoczęła się znana epopeja ewakuacyjna na wschodnie granice Polski. 6 Pułk Artylerii Lekkiej 6 Dywizji Piechoty, walczył w składzie Armii Kraków. Dywizja gen. Monda należała do jednostek najbitniejszych i najsprawniej dowodzonych w całej kampanii wrześniowej. Szli zawsze w pogotowiu bojowym, co chwilę ostrzeliwując się Niemcom, którzy chcieli ich otoczyć. Na zawsze w pamięci Mieczysława Heroda pozostaną Biskupice Radłowskie, gdzie stoczyli z hitlerowcami ciężki bój o most na Dunajcu. Tak dotarli do Turobina, gdzie 19 września 1939 roku zostali otoczeni przez Niemców i rozbrojeni. 6 PAL wchodzący w skład VI Dywizji Piechoty Ziemi Krakowskiej przestał istnieć.

Dwudniowa niewola

Kapitulacja nie musi oznaczać końca walki z wrogiem. Stąd tylko na dwa dni udało się Niemcom zniewolić kaprala Mieczysława Heroda. Przy pierwszej okazji ulotnił się z konwoju. Droga powrotna w rodzinne strony trwała dwa tygodnie. Po dwóch dniach pobytu w domu udał się piechotą do Krakowa. Zastał miasto zapełnione Niemcami. On jednak szukał starych przyjaciół, by nawiązać z nimi kontakt. Wiedział, że pozostaje mu tylko walka z wrogiem. Marzył by znów jego armata przemówiła do Niemców. Ale jak o uczynić? W takiej rozterce pozostało tylko czekanie i wsłuchiwanie się, co dzieje się w dalekim świecie. W międzyczasie uzupełnił braki z literatury, z książek, które zostały wywiezione z Uniwersytetu Ludowego w Szycach. W takiej rozterce upływały miesiące, aż dotarły słuchy z dalekiej Francji, że generał Sikorski montuje polską armię. Tylko jak do niej dotrzeć? Aż cierpliwość się wyczerpała. Wraz z kolegą pułkowym Marianem Bulkiem postanowili na własną rękę, dotrzeć do Francji. W tajemnicy przed rodzinami wybrali się pewnej niedzieli do Biesnej koło Bobowej, bo tam mieszkał ich kolega z wojska, także kapral, Jan Libront. Nie mieli jeszcze pojęcia, że funkcjonowały już kurierskie przerzuty przez granicę słowacką i węgierską na Zachód. Nie mieli jeszcze pojęcia, że szczęśliwa gwiazda Sikorskiego pozwoliła im osiągnąć zamierzony cel. Nie byli lotnikami, których Zachód tak bardzo potrzebował. Ale przecież byli artylerzystami i to zaprawionymi w bojach, a na takich muszą czekać. Trzeba mieć było rzeczywiście kawaleryjską fantazję i sporą dozę szczęścia, ażeby we trójkę przebijając się przez Słowację, dotrzeć do Budapesztu. W konsulacie polskim dostali ubrania i paszporty, w które wbito literę "M", co oznaczało Marsylię, a w Belgradzie zamieniono ją na "B" co oznaczało Bejrut. Tak zostali włączeni w ówczesny nurt przerzutowy, ażeby poprzez Skopie i Saloniki dostać się do Aten. Tam w Pireusie czekał na nich statek pasażerski "Warszawa", którym dowodził kapitan Meissner (rodzony brat pisarza), ażeby dostać się nim do Bejrutu. W Bejrucie czekała na nich komisja wojskowa. Tam Mieczysław Herod otrzymał legitymację nr 368 z fotografią. Tak został żołnierzem Brygady Strzelców Karpackich, utworzonej w miejscowości Homas przy francuskiej armii na Wschodzie. Tam dostali wreszcie umundurowanie i broń do ręki. I choć działka były jeszcze z pierwszej wojny światowej, ale to wszystko nie miało takiego znaczenia jak fakt, że znowu dorwali się do broni, że znowu będą mieli czym walczyć z wrogiem, który zalał rodzinną ziemię, który tak bardzo ich upokorzył. I choć drogi wydłużyły się do Ojczyzny, to byli przekonani, że wcześniej czy później do niej wrócą.

Szczęście jednak trwało krótko

Francja kapitulowała przed Niemcami. Sytuacja Brygady Strzelców Podhalańskich przedstawiała się tragicznie. W myśl zarządzeń generała Mittelhausera, dowódcy wojsk francuskich, ich brygada powinna złożyć broń i zostać wysłana do Grecji. Ale oni na to nie mogli się zgodzić. Brygada składała się wyłącznie z ochotników, przeważnie z ludzi młodych, stanowiących polską wojskową elitę, dowodzoną przez jednego z najwspanialszych dowódców generała Kopańskiego. Omal nie doszło do rozlewu krwi. Udało się jednak całej brygadzie wraz z wojskowym sprzętem przedostać do Palestyny, pod dowództwo angielskie. Tam w odległości kilkunastu kilometrów od Jerozolimy, w miejscowości Latrum założyli obóz wojskowy. Było to pierwsze zetknięcie kaprala Heroda ze światem arabskim, tam znalazł się w środowisku Polaków, wywodzących się ze wszystkich grup społecznych przedwojennej Polski.

Palestyna - raj na ziemi.

Dla Polaków, pobyt w Palestynie okazał się rajem, choć przecież na krótko. Byli serdeczne przyjmowani przez osiedlonych tam Żydów z Polski, a owoców i wina było w bród. Ten pobyt będą wspominać wtedy, kiedy znajdą się na pustyni libijskiej, a potem w oblężonym Tobruku, gdzie dwa litry wody pitnej musiało starczyć na całą dobę. Kilkumiesięczny pobyt w Palestynie przeznaczony był na ich szkolenie. Teraz kapral Herod wcielony został do zwiadu pułku. Tu też zaczął realizować swoje młodzieńcze marzenia o ukończeniu szkoły średniej. Jeszcze w Latrum zapisał się do szkoły polskiej, ażeby w przerwach bitewnych uczyć się i zdawać egzaminy. W roku 1942 udało się mu zdać małą maturę, która pozwoliła mu na dostanie się do podchorążówki, o której tak zawsze marzył. Kiedy Włosi, a potem Niemcy przystąpili do działań wojennych w Libii, ich brygada została przerzucona pod Aleksandrię w Egipcie. Tam ćwicząc czekali na wejście do walk. Pod koniec sierpnia 1942 roku brygada wypłynęła okrętami wojennymi z Aleksandrii. Klucząc po Morzu Śródziemnym, w obawie przed nalotami, nocą dopłynęli do portu w Tobruku. Tam luzowali Australijczyków.

Tobruk

Pustynia Libijska, to cienka warstwa pyłu (10-60 cm) na wapiennej skale. Dlatego piechota cały czas wkuwała się w skałę, żeby zyskać parę centymetrów okopu, głębokiego początkowo na 60-70 cm. Kilkanaście dodatkowych centymetrów ochrony dawały napełnione pyłem worki, bardzo szybko przestrzeliwane i codziennie przygotowywane od nowa. Toteż przemieszczać się można było tylko na kolanach. Jeżeli temperatura przekraczała niewiele ponad 40 stopni, mówiło się, że jest chłodno. Cztery miesiące w oblężonym przez Włochów i Niemców Tobruku, to cała epopeja żołnierzy, którzy atakowani byli dniem i nocą, warta jest osobnego opisu. Tam kapral Herod zobaczył 10.11.1943 r. generała Sikorskego, który przebywał na inspekcji w oblężonym Tobruku. Obsługiwał wówczas potężne zdobyczne włoskie działo 149 mm. Po uwolnieniu Tobruku przez aliantów nastąpiła nowa wyprawa na Gazalę i znane zwycięstwo oraz zdobycie Bardii. Z początkiem stycznia 1942 roku Brygada została wysłana na okupację Cyrenajki. W kwietniu 1942 udało się wreszcie zrealizować młodzieńcze marzenia. Kapral Mieczysław Herod zostaje przyjęty do Szkoły Podchorążych Artylerii w Beit Jirja w Palestynie. Po jej ukończeniu, w sierpniu 1942, już kapral podchorąży Mieczysław Herod został przydzielony do pierwszej baterii Karpackiego Pułku Artylerii Lekkiej. Z tą Dywizją Strzelców Karpackich przebył potem szlak bojowy we Włoszech, od Tarentu, aż do zdobycia Bolonii. Potem był Irak, a w międzyczasie wydarzyły się dwie wielkie ofensywy, które zagwarantowały, że powrót do wolnej ojczyzny stał się realny. Był to Stalingrad i El Alamein. To był punkt zwrotny w drugiej wojnie światowej. Całą afrykańską tułaczkę Mieczysława Heroda można by zamknąć w jednej wielkiej księdze, ale nie byłaby to przecież cała opowieść o żołnierzu tułaczu. Pozostał jeszcze jeden najpiękniejszy akord tej wojennej epopei - Monte Cassino. Tam naprzeciwko nich stanęła doborowa niemiecka dywizja spadochroniarzy im. H. Goeringa. W nocy 30 kwietnia 1944 roku zajęli stanowiska pod Monte Cassino. Jak zapisał w swoim kalendarzu "Bitwa rozpoczęła się 11 maja o godz. 11 w nocy. O godz. 23 na całym włoskim froncie rozpoczęła się ofensywa. Nasza dywizja będzie zdobywała Monte Cassino!". Później znowu odnotował: "Huraganowy ogień naszej artylerii. Piechota po zajęciu pierwszych wzgórz została zatrzymana. Niemcy kontratakowali, zadając naszym straty. - I dalej! - Po załamaniu się natarcia, aż do 17 maja codziennie ponad dymami patrzyliśmy na ruiny klasztoru, gdzie ciągle trwali Niemcy. Prowadziliśmy ustawiczny ostrzał wzgórza. Działa się tak nagrzewały, że co trzy minuty moczyliśmy w wiadrach z wodą brezentowe płachty i okładaliśmy nimi lufy. Były one tak rozgrzane, że woda natychmiast parowała. - Jak pisze dalej - Działa naszych baterii wystrzelały przeciętnie 2000 pocisków każde". Potem odnotował to najwyższe wydarzenia pod dniem 18 maja 1944 r.: "Wniebowstąpienie Pańskie. O godz. 10.30 oddziały naszych dywizji zatknęły sztandar polski na klasztorze Monte Cassino!". Po zdobyciu wzgórza i klasztoru Mieczysław Herod wraz z grupą oficerów pojechał tam, aby nasycić się zwycięstwem. Był 18 maja 1944 roku, najwspanialszy dzień w historii ich żołnierskiej poniewierki. Kiedy padł klasztor droga do Rzymu stanęła otworem. Potem dostali rozkaz wyczyszczenia wszystkich dział i ciągników, ponieważ ich pułk miał wziąć udział w zwycięskiej defiladzie w Rzymie. Jednak dowódca 5 armii amerykańskiej, gen. Clark miał powiedzieć wtedy: "Polaków zaprosić na defiladę? Może jeszcze Greków i strażaków". Cieszyli się, że im przypadnie w udziale zdobywanie Wiecznego Miasta. Niestety- pierwsi weszli Amerykanie. Tak to już bywa. W Bolonii zakończył się bojowy rozdział życiorysu naszego bohatera, który się nigdy na takiego nie kreował. Jeszcze we wrześniu pojechali z wycieczką do Rzymu. Byli w Watykanie, uczestniczyli w audiencji papieskiej. Papież niesiony był w lektyce. Do Polaków, których tam była większość powiedział parę słów po angielsku. W styczniu 1945 r. Mieczysław Herod zakończył służbę w wojsku liniowym. Ukończył przyspieszony kurs i zdał dużą maturę. Wrócił do kraju w stopniu podporucznika, przywożąc ze sobą moc wojennych odznaczeń. Potem rozpoczął się kilkudziesięcioletni okres pracy w kombinacie metalurgicznym w Nowej Hucie. Podjęcie pracy poprzedzone zostało studiami ekonomicznymi na Uniwersytecie Jagiellońskim, uwieńczonymi tytułem magisterskim. (tekst Marian Oleksy)

Tekst z Zeszytu nr 1.

Powrót  ]


Komandor por. Franciszek Dąbrowski

dabrowskiUrodził się w Budapeszcie w 1904 r. Ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Warszawie. Przez wiele lat był wykładowcą w szkole podchorążych w Biedrusku. Specjalista od broni maszynowej. W 1937 r. zostaje zastępcą dowódcy wartowni na Westerplatte. Przez siedem dni września załoga Westerplatte odpierała ataki wroga. Po kapitulacji F. Dąbrowski wraz z pozostałymi oficerami przebywa do końca okupacji w oflagach. Po wyzwoleniu Dąbrowski kieruje Samodzielnym Morskim Batalionem. 1 września 1945 r. zostaje udekorowany Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy. W lutym 1946 r. F. Dąbrowski otrzymuje stopień por. komandora i zostaje wydalony z wojska. Od Westerplatte do "Transbudu" w Nowej Hucie! Przy głównej bramie nowohuckiego "Transbudu" znajduje się skromny pomnik poświęcony komandorowi porucznikowi F. Dąbrowskiemu, zastępcy dowódcy komendanta słynnej placówki Westerplatte, która przez pierwsze siedem dni września 1939 roku stawiała Niemcom skuteczny opór. Ten narodowy epos zna każdy Polak. Bohaterska załoga Westerplatte wpisała się złotymi czcionkami na trwałe w historię Polski. Nieznane są natomiast indywidualne losy tych, którzy bronili tego skrawka Polski nad Bałtykiem. Wielu z przechodzących obok pomnika zastanawia się, jak to się stało, że ten wielki bohater narodowy był przez parę lat pracownikiem tego zakładu. A historia jest warta przypomnienia. W chwili kiedy już hitlerowcy ostrzeliwali Warszawę, codziennie komunikaty radiowe donosiły, że oto Westerplatte dalej się trzyma, dalej walczy, dalej się broni. Komunikaty te podtrzymywały wówczas całą Polskę na duchu. O Westerplatte jeszcze za okupacji, na emigracji, Melchior Wańkowicz napisał książkę. W pierwszych latach powojennych zaś dzieci recytowały wiersz Gałczyńskiego: "kiedy wypełniły się dni i przyszło zginąć latem, prosto do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte". Wydawać by się mogło, że tacy ludzie jak komandor Dąbrowski znajdą w powojennej Polsce szacunek i uznanie. Niestety stało się inaczej. Zanim komandor Franciszek Dąbrowski zmarł, przez dwanaście lat mieszkał w Krakowie. Pierwsze siedem lat, od 1950 do 1956 r., nie było dla niego zbyt łaskawe, była to droga przez mękę. Zamieszkał w pomieszczeniu bez podstawowych warunków sanitarnych. A przecież Dąbrowski miał zaawansowaną gruźlicę, której nabawił się w oflagu w Woldenbergu. Kiedy interweniował w tej sprawie w jednym z urzędów, powiedziano mu, że powinien się cieszyć iż chodzi swobodnie po wolności. Po powrocie z oflagu komandor Dąbrowski pracował w dowództwie Marynarki Wojennej w Ustce. W 1948 roku znalazł się jednak wraz z innymi przedwojennymi oficerami na liście "niepewnych" politycznie. Jego koledzy byli demobilizowani lub trafiali do więzień. Dąbrowski wiedział, że i na niego przyjdzie kolej, ale nie chciał jednak prosić o zwolnienie z wojska. Przecież chyba wykazał swe przywiązanie do Polski. Czekał. W ostatnim dniu przed aresztowaniem, darzący go wielką sympatią komandor Urbanowicz, wręczył mu skierowanie do sanatorium. Ten wyjazd uchronił Dąbrowskiego od aresztowania, ale nie przed zwolnieniem ze służby wojskowej. W 1950 roku Dąbrowski zostaje zwolniony z wojska. W tym czasie odnawia się ciężka choroba płuc nabyta jeszcze w oflagu i wraz z rodziną przenosi się do Krakowa. Tu, w królewskim mieście Dąbrowski znalazł się bez środków od życia. Nie otrzymał renty, ani żadnej rekompensat, pomimo, że posiadał Krzyż Virtuti Militari V Klasy i stopień komandora. Najbardziej bolał go fakt, że nie mógł wziąć na kolana swojej córeczki Eluni, aby nie zarazić jej swoją chorobą. Dziecko jednak nie uniknęło tego. Kiedy potem wypadło mi pracować z Elżbietą Dąbrowską, opowiadała mi, że często tak bywało, iż ojciec wracał z sanatorium, a ona tam wyjeżdżała. W Krakowie Dąbrowski nie mógł liczyć na znalezienie jakiejkolwiek pracy. Nikt nie chciał podać mu ręki. Udał się do "Cepelii", mógł szyć kapcie dla tej spółdzielni pracy. Potem przez pewien czas był kasjerem w MPiK-u. Zarzucono mu jednak, że za mało zna język węgierski. Wtedy udało mu się otrzymać posadę sprzedawcy gazet w betonowym okrąglaku na Podwalu. Wówczas to nauczycielka języka polskiego z gimnazjum Joteyki mawiała do uczniów na lekcjach, że bohaterom stawia się pomniki, a wy możecie z takim bohaterem porozmawiać w kiosku z gazetami. Tam bowiem Dąbrowski sprzedawał gazety. Kiedy nadszedł 1956 rok Dąbrowski otrzymał wprawdzie rentę dla zasłużonych, ale nie przywrócono go do wojska. Oryginalnego munduru także nie miał, bo w trudnych chwilach przerobił go na ubranie do codziennego użytku. Nie mając nadziei na powrót do wojska, Dąbrowski korzysta z pomocy swojego przyjaciela, dyrektora Morawskiego, który zaproponował mu pracę w kierowanym przez niego przedsiębiorstwie Transportowo-Spedycyjnym w Nowej Hucie. Był kierownikiem zajezdni. Tu też pozostał Dąbrowski do końca swoich dni. Był chyba rok 1982, czyli w 20 lat po śmierci komandora Dąbrowskiego. Pracownicy "Transbudu" przypomnieli sobie o swoim koledze z pracy. Wiedzieli przecież jak wielkie zasługi położył w obronie Ojczyzny we wrześniu 1939. Ufundowali mu skromny pomnik przed bramą swojego zakładu, który do dnia dzisiejszego utrzymywany jest w należytym porządku. Chwała im za to. Czas jednak stale posuwa się do przodu, życie przynosi coraz nowe doświadczenia usuwając w cień przeszłe historie. Przypomnijmy choćby po krótce biografię tego wybitnego patrioty i bohatera - komandora Franciszka Dąbrowskiego, ażeby młode pokolenia, które podejmują pracę w tym przedsiębiorstwie zdawały sobie sprawę, czyją pamięć postanowiono uczcić tym pomnikiem. Komandor porucznik Franciszek Dąbrowski urodził się 17 kwietnia 1904 roku w Budapeszcie w rodzinie polsko-węgierskiej. Ojciec zawodowy oficer, pułkownik WP, wcześniej kadet, a potem oficer w armii austriacko-węgierskiej. W maju 1926 roku, w czasie przewrotu majowego opowiedział się za sejmem i przeniesiony został w stopniu generała w stan spoczynku. Zamieszkał we Lwowie. Tam został internowany w 1939 roku przez Rosjan, zginął w nie wyjaśnionych okolicznościach. Matka - baronówna węgierska, została wywieziona w 1939 roku do Kazachstanu, gdzie zmarła. Franciszek uczęszczał do Gimnazjum w Wiedniu, a potem wstąpił do kadetów we Lwowie. Po pierwszej wojnie światowej, 1923 roku ukończył Szkołę Podchorążych w Warszawie. W stopniu porucznika skierowany został do 3 Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku. Potem na całe lata został wykładowcą w szkole podchorążych w Biedrusku jako instruktor wykładowca. W 1932 roku przeniesiony zostaje do 29 pułku piechoty w Kaliszu. Specjalista od broni maszynowej. W tym czasie awansuje do stopnia porucznika, a następnie kapitana. Jako wysokiej klasy specjalista w zakresie karabinów maszynowych, w 1937 roku skierowany zostaje na zastępcę dowódcy oddziału wartowniczego na Westerplatte. Zmieniająca się załoga co pół roku przechodziła pod kierownictwem Dąbrowskiego intensywne szkolenie. Kiedy obowiązki komendanta na Westerplatte przejął mjr Sucharski, współpraca obydwu oficerów układała się bardzo dobrze. Sucharski zostawił Dąbrowskiemu wolną rękę w przygotowywaniu Westerplatte do obrony. Wybuch drugiej wojny światowej rozpoczętej salwą z pancernika "Schleswig-Holstein" w dniu 1 września 1939 roku, zastał załogę Westerplatte w pełni przygotowaną do obrony. Nawała ogniowa z morza, lądu i powietrza z niewielkimi przerwami, trwała całe siedem dni. Te dni, to był wielki egzamin dla kapitana Dąbrowskiego, który opanowany, spokojny, był mózgiem obrony i odwagi dowódcy. Po kapitulacji kapitan Dąbrowski wraz z pozostałymi oficerami znalazł się w oflagach - Lienzu i Woldenbergu. Zaraz po wyzwoleniu, prosto z oflagu wraca do Gdańska. Wchodzi w skład Samodzielnego Morskiego Batalionu Zapasowego. 1 września 1945 roku rozkazem Naczelnego Dowództwa WP Dąbrowski wraz z 20 westerplatczykami, udekorowany zostaje Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy. W lutym 1946 roku Dąbrowski otrzymuje stopień komandora porucznika i stanowisko dowódcy zalążka kadr marynarki wojennej. W czasie tych pierwszych lat powojennych Dąbrowski zajmuje się szkoleniem przyszłych marynarzy, a także organizuje swoich byłych podkomendnych rozproszonych po całym kraju. Pisze wspomnienia z czasów obrony Westerplatte. Niestety nadchodzi rok 1948, początki ciężkiego okresu stalinowskiego. (autor – Marian Oleksy)

Powrót  ]

Tekst z Zeszytu nr 3.