Rozdział 1 - Helena
Znów posprzeczał się z Heleną. Mówiąc szczerze już od dawna nie miał siły znosić jej ciągłych narzekań na nudną naukę. Teraz żałował, że podjął się roli nauczyciela. Henryk, pierwszy minister królewski miał już zdecydowanie dość użerania się z królewską córką, czternastoletnią Heleną.
Było już późne popołudnie. Trzasnął drzwiami swojego gabinetu i poszedł w stronę stajni. Nie jeździł od miesiąca, a teraz nagle naszłą go ochota na przejażdżkę po lesie. Kiedy doszedł do stajni zdenerwował się jeszcze bardziej. Jakieś półgodziny wcześniej polecił osiodłać swojego konia, jednak ten wciąż nie był gotowy. Henryk wparował do stanowiska, zanim pachołek zdążył jakkolwiek zareagować. Zarzucił siodło, założył ogłowie i wyszedł z ogierem na plac.
Nie różnił się od braci. Był znakomitym jeźdźcem i umiał sobie sam osiodłać konia. Dociągnął popręg i sprawnie wsiadł. W tym momencie poczuł, że po tak długiej przerwie zapewne nie uniknie bólu mięśni. Ruszył wierzchowca galopem i szybkim tempem wyjechał przez kolejne trzy bramy.
Kiedy znalazł się na polanie przed zamkiem pozwolił siwemu ogierowi przyspieszyć. Znowy zapomniano go przegonić, miał stanowczo za dużo energii. A miał być przecież codziennie ruszany
Pro prostu jechał przed siebie. Nie miał świadomie wyznaczonego celu. Po jakimś czasie zawrócił konia i skarcił się w duchu. Znów podążał w kierunku Chrentier, zamiast trzymać się z dala od tamtej okolicy. Pojechał w przeciwnym kierunku.
Kiedy wieczorem pojawił się powrotem w zamku wszystkie mięśnie bolały go niemiłosiernie. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości, że przesadził. Na dodatek jeden z jego sekretarzy powiadomił go o czekającym na niego gościu. Tego tylko mu brakowało na zakończenie ciężkiego i nieprzyjemnego dnia. Miał już wszystkiego dość, a czekało go jeszcze przyjęcie jakiegoś interesanta. No cóż, życie królewskiego doradcy. Nie buntował się, nie negocjował, trzeba teraz to przełknąć i wytrzymać jeszcze tę godzinę.
Przygotował się do wizyty i przeszedł z komnaty do gabinetu przez niewielkie drzwi łączące oba pomieszczenia. Zmierzchało. Przyjmie jeszcze tego człowieka, zje kolację i pójdzie spać. Był tak zmęczony, że nie miał nawet siły na cowieczorną partię szachów z Cesterem.
-Tam do licha - zaklął do siebie. - Ces będzie musiał poradzić sobie beze mnie.
Otworzył drzwi i kazał zawołać do siebie interesanta. Widok gościa zdecydowanie go zaskoczył. Stanął przed nim wysoki, nastoletni chłopak.
-Cedryk? - szepnął Cedryk z niedowierzaniem. - Czyżby mnie oczy myliły?
-Nie mylą, książę. - odpowiedział młodzik z pospiesznym i trochę niedbałym ukłonem. - Zostałem wysłany z listem do ciebie.
-Zostawmy list, - Henryk poderwał się z miejsca i podszedł do chłopaka. - Pokaż mi się! Tak dawno cię nie widziałem.
Henryk podszedł do Cedryka i uważnie go obejrzał. Zmierzył go wzrokiem, pokiwał głową i wręcz siłą posadził na krześle przed swoim sporej wielkości biórkiem zawalonym najróżniejszymi papierami. Potem zawołał służbę.
-Jadłeś już kolację? - zapytał chłopaka. - Późno już
Nie? To zjesz ze mną.
-Ależ nie trzeba
- próbował się bronić Cedryk.
Chłopak nie chciał nadużywać gościnności królewskiego ministra. Musiał jednak przyznać, że od rana nie miał nic w ustach i głód powoli dawał mu się we znaki. Było już, jak by nie patrzeć, niedługo przed zachodem słońca.
Książę Henryk przy kolacji nie odezwał się ani słowem. Cedryk też nie zaczynał rozmowy. Obaj skupili się na jedzeniu. Za to po skończeniu sutej kolacji to właśnie Cedryk pierwszy się odezwał.
-Mam tu list - powiedział, wręczając papier księciu. - Miałem go dostarczyć do rąk własnych i poczekać na odpowiedź.
Henryk prawie nie dał mu dokończyć. Podszedł do drzwi gabinetu, zamknął je niewielkim kluczem, po czym pociągnął Cedryka za ramię w stronę kotary przy oknie. Jak się okazało, za kotarą znajdowały się niewielkie drzwiczki, przez które Cedryk jakoś zdołał przejść za księciem. Książę wyminął go na schodkach, po czym wyciągnął z kieszeni kolejny kluczyk i zamknął nim drzwiczki od środka ciasnego korytarza. Potem poprowadził gościa w dół stromych schodków. Potem przeszli przez korytarz ledwo oświetlony nielicznymi pochodniami, ale już znacznie szerszy. Książę przystanął przy szerokich drzwiach z mocnymi okuciami, po czym kolejnym kluczem je otworzył.
Pomieszczenie było spore, oświetlone niewielkim oknem prawie pod sufitem. Przy każdej ścianie znajdowały się miecze, łuki, parę kusz. W rogu stało wielkie drewniane łoże z baldachimem, przypominające Cedrykowi pokój księcia.
-Nie byłeś tu jeszcze nigdy? - zapytał Henryk patrząc na zdziwionego młodzieńca. - To stara zbrojownia, choć zdarzało jej się pełnić jeszcze kilka innych funkcji. No tak
za młody trochę jesteś, żeby pamiętać.
-Co pamiętać? - wyrwało się Cedrykowi.
-Czasy przed rozbudową zamku. Kiedyś to pomieszczenie było zbrojownią. Teraz rzadko kto tu bywa, prawie o nim zapomniano.
Cedryk oglądał dokładnie otoczenie, w jakim się znalazł. Niewielki pokoik, jaki urządzono w dawnej zbrojowni, wyglądał na od dawna nieużywany. Niewielkie okienko wysoko w ścianie znajdowało się chyba na poziomie dziedzińca i wpuszczało niewiele światła. Aby zapewnić dostateczną jasność ustawiono cztery spore świeczniki, większość jednak najwidoczniej nie była nawet używana, bowiem świece w nich, mocno zakurzone, były całe. W kącie stało niezbyt wyszukane łoże z baldachimem, na którym po wejściu usiadł Henryk. W jego pobliżu stało krzesło, które królewski doradca wskazał gościowi.
-Dlaczego przyszliśmy właśnie tutaj? - zapytał zaintrygowany Cedryk
-Bo tutaj Rada nie będzie w stanie nas usłyszeć, - odpowiedział spokojnie Henryk. - Wolę nie ryzykować, nawet, jeśli już zdążyli zapomnieć o afroncie, jaki zafundował im Maracel.
-Książę Maracel
-Co tak oficjalnie?! - Henryk wyglądał na mocno rozbawionego. - Znam Maracela od lat i wiem, że nie każe do siebie mówić tak oficjalnie. Zresztą chyba wszystkich jego tytułów byś nie spamiętał.
Cedryk nie wiedział co ma powiedzieć. Królewski doradca okazał się człowiekiem o wiele bardziej sympatycznym, niż wydawał się w pierwszej chwili. Rozmawiał z nim całkiem swobodnie, bez wywyższania się. Najwyraźniej bardzo serdecznie traktował przyjaciół. Chłopaka nagle zastanowiło, jak traktował wrogów
-Tak więc, - mówił dalej mężczyzna rozpinając ubranie pod szyją, - proszę o pomijanie wszelkich tytułów, których nie używasz na co dzień. Przy okazji, wolałbym, abyś mnie też nie tytułował, jeśli nie będziemy w towarzystwie. Jestem Henryk.
Cedryk się zawahał. Książę był w wieku jego ojca, poza tym jego pozycja społeczna i funkcja stawiały go poza zasięgiem zwykłego giermka. Królewski doradca chyba zrozumiał niepewność młodzika i nie naciskał na to, co sam zaproponował. Postanowił poczekać, aż chłopak sam do tego dojrzeje.
-Powiedz lepiej, -zmienił temat, - co tam u Maracela i twojego ojca. To już strasznie długo, odkąd ostatnio ich widziałem.
-Mój ojciec
- Cedryk wyraźnie nie wiedział co ma powiedzieć. - Dawno nie miałem od niego żadnych wiadomości.
-Przy mnie nie musisz udawać - powiedział spokojnie Henryk. Spojrzał na chłopaka z lekkim rozbawieniem. - Dobrze wiem, że nie opuścił kraju mimo wyroku i że razem z wami walczył w wojnie z Samorią. Jednak ostatnio nie dawał żadnego znaku życia nawet przyjaciołom, więc trochę zacząłem się o niego martwić.
-Mój ojciec czuje się dobrze, - powiedział niepewnie Cedryk. - Rany powoli się zaleczają, jest pod opieką Chestera.
-No nareszcie! - ucieszył się książę. - Zarzekał się zawsze, że nie da się nawet dotknąć temu, jak go nazywał, "szarlatanowi". Teraz szybko dojdzie do siebie, Chess jest świetnym medykiem.
-Mogę o coś zapytać, książę? - odezwał się nieśmiało chłopak.
-O co tylko chcesz, - odparł Henryk. - Tak, jak mówiłem, nie krępuj się.
-Kiedy poznałeś mojego ojca?
-Uh
dawno temu. Na długo przed twoimi narodzinami. Była z nas zgrana grupa przyjaciół, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat.
-Grupka? - zdziwił się Cedryk.
-No tak, - powiedział książę zdziwiony, jakby się spodziewał, że chłopak zna całą historię. - Ja, twój ojciec, Astostoran, Maracel, Wilfryd
szkoda tylko, że Cesszybko zostawił nas dla Kościoła. Był świetnym kompanem dzikich wybryków.
-Król, jego ekscelencja, przyszli książęta
ciekawa grupka, - wyrwało się Cedrykowi. - Przepraszam.
-Nie ma za co, - roześmiał się Henryk. - Byliśmy grupką rozbrykanych chłopaków, których żaden nauczyciel, czy rycerz nie był w stanie okiełznać. Niby Mar i As byli tylko giermkami na dworze, ich ojcowie ich przysłali, ale my trzej byliśmy uprzywilejowani i nikt nie śmiał ich skarcić, kiedy byli z nami. Teraz moje pytanie, - książę popatrzył ciekawym wzrokiem na gościa. - Jak tam giermkowanie u Maracela?
Cedryk chwilkę się zastanawiał. Musiał wyrazić się tak, żeby zostać dobrze zrozumianym.
-Maracel jest
wymagający. Ale nie znalazłbym lepszego nauczyciela.
-Zawsze był zasadniczy. Poza tym miał niesamowicie wymagającego nauczyciela, - powiedział Henryk, nawiązując do słów chłopaka. - Napisał mi ostatnio, że świetnie sobie radzisz i coraz mniej musi cię pilnować. Zapowiedział też, że pozytywnie zaopiniuje twój stan rycerski za rok, kiedy osiągniesz odpowiedni wiek.
Cedryk serdecznie podziękował za miłe słowa. Nauczyciel nigdy mu nie powiedział, jak Cedryk sobie radzi ani, że będzie sam opiniował jego pasowanie. Chwilę później chłopak zorientował się, że nie przyjechał do księcia w celach towarzyskich. Przywiózł list do królewskiego doradcy i musiał go przecież dostarczyć. Wyciągnął papier z torby i podał go Henrykowi.
-Co to? - zdziwił się królewski doradca.
-List, z którym przyjechałem, - odpowiedział Cedryk. - Robin prosiła o jak najszybszą odpowiedź.
-Prosiła? - zainteresował się Henryk. Zauważył od razu, że Cedryk nie wie, o co mu chodzi. - Robin to kobieta?
Cedryk był mocno zdziwiony. Był przekonany, że książę wiedział, kim jest Robin. Przecież
-Maracel powiedział, że ci o niej napisał. - Chłopak sam zdziwił się, że zwrócił się do księcia bezpośrednio. - Dwa lata temu
-To jest to dziecko, które wam pomogło?! - przerwał mu Henryk ostro.
-Też byliśmy zdziwieni jej imieniem, - stwierdził spokojnie Cedryk, - ale zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Chociaż osobiście nigdy nie twierdziłem, że Robin to odpowiednie żeńskie imię.
Henryk był zbity z tropu. Rzeczywiście Maracel pisał mu o dzieciaku, który bardzo zaangażował się w ich sprawę, przy okazji mało nie tracąc życia. Nigdy jednak nie padło jego, a właściwie jej imię. Nigdzie nie było też wyraźnie napisane, że to była dziewczyna. Chociaż kto mógł mu teraz zaręczyć? Palił wszystkie listy zaraz po przeczytaniu. Być może Henryk podświadomie odbierał wszelkie informacje o Robin jako błąd lub przejęzyczenie przy pisaniu.
Robin
Nie wiedział kiedy i gdzie, ale wiedział, że już to imię słyszał. Znał je, pamiętał z dawniejszych lat. Było mu podejrzanie znajome.
Szybko otworzył list i zaczął czytać. Z kamienną twarzą oznajmił Cedrykowi, że odpowiedź poda mu najpóźniej za dwie godziny, po czym poprowadził go do gościnnej komnaty, a sam szybkim krokiem sam udał się do starszego brata.
Otworzył drzwi krótkim, mocnym ruchem nie pukając wcześniej. Jedyny strażnik stojący przy drzwiach biskupa znał go od dawna i tolerował już takie zachowanie. Biskup właśnie układał figury na szachownicy. Nawet nie spojrzał na gościa.
-Spóźniłeś się, -oznajmił lekko znudzonym głosem. -Już myślałem, że będę musiał grać sam ze sobą.
-Wiedziałeś?! -Henryk rzucił mu pod nos niedawno otrzymany list. - Wiedziałeś, że ona przeżyła?!
Jego ekscelencja wziął list do ręki, ale nie czytał go całego. Zerknął jedynie na podpis. Nie spojrzał na brata. Zachowywał się, jakby koniecznie chciał uniknąć jego wzroku.
-Cester
!
-Mówisz, jakbyś nie wiedział, że jestem spowiednikiem Sabriny
Widziałem ją niedługo po katastrofie, a teraz
teraz bywa w tym niewielkim kościółku, którym się zajmuję.
-Widujesz ją co tydzień?! I nie powiedziałeś mi o tym?
-Obiecałem jej dyskrecję
Gdybyś chodził na te msze, do których cię namawiałem
-To dlatego nagle zacząłeś na mnie naciskać - Henryk nagle zrozumiał.
Książę podszedł do brata i z całej siły uderzył go pięścią w twarz. Czuł, że wybuchnie, jeśli tego nie zrobi. Cester nawet nie drgnął. Nie zrobił nic, nie oddał ciosu. Nie bronił się.
-Co z tobą Ces? - zaniepokoił się brakiem jego reakcji Henryk. - Dobrze się czujesz?
-Dobrze, przynajmniej przyzwoicie.
-Jeszcze wczoraj oddał byś mi tak, że wylądowałbym w Samorii
-Nie mam nic na swoją obronę, - powiedział poważnie Cester. - Wiedziałem, że ona żyje na długo przed tą sytuacją z Maracelem. Powinienem był jakoś cię do niej zaciągnąć.
Henryk podszedł do stołu i nalał sobie wina. Gniew na brata chyba już zdążył mu przejść, a wyładowanie emocji zdecydowanie pomogło. Usiadł obok brata i jednym łykiem wypił całe wino. Tymczasem Cester wziął z powrotem w dłoń pismo, które przyniósł Henryk i zaczął czytać. Kilka razy zatrzymywał wzrok na konkretnych fragmentach. Z jego miny, jak to się często zdarzało nie można było nic wyczytać. W końcu, po dwukrotnym przeczytaniu spojrzał na brata.
-Zamierzasz się na to zgodzić? - zapytał patrząc na niego z ciekawością.
-Helena i Wilfryd mają tu decydujące zdanie, - odpowiedział z uśmiechem Henryk. - Najpierw ich trzeba zapytać.
-Rozmawiasz ze mną jak z idiotą! - oburzył się Cester. - Tak, jakbym nie wiedział, że to przede wszystkim ty podejmujesz decyzje odnośnie Heleny!
-Cester, to nie jest decyzja o lekcjach jazdy konnej, tylko wyjazd z zamku na dwa lata! - powiedział poważnie Henryk. - Nie mogę takiej decyzji podjąć na własną rękę. Nie mówiąc już o tym, że to przede wszystkim Helena musi się na to zgodzić.
-To co tu jeszcze robisz? - Powiedział głośno Cester, po czym powiedział sam do siebie cicho - Dzisiaj już nie zagram. - Wrzucił figury do lnianego woreczka i schował szachownicę.
Henryk siedział dalej przy stole i patrzył na brata.
-Czemu tak siedzisz? - zapytał lekko już zirytowany Cester. - To nie ze mną masz coś do ustalenia.
-Myślisz, że to dobry pomysł? - Spytał poważnie Henryk. - Czy to bezpieczne?
Cester chwilkę się zastanawiał. Potrzebował nieco czasu, żeby to przemyśleć.
-Na pewno nie jest to bezpieczne - powiedział w końcu. - Ale uważam, że obojgu to pomoże. Helena wreszcie się czegoś nauczy, a i Wilfryd może wreszcie się ocknie.
-Dzięki braciszku. Potrzebowałem takiej rady - powiedział Henryk otwierając drzwi. - Wpadnij jutro do mnie na śniadanie.
-Nie omieszkam. - Cester uśmiechnął się już do zamykających się drzwi.
Królewski doradca skierował się do części zamku przeznaczonej dla rodziny królewskiej. Tutaj straże także przepuściły go bez problemu. Wszedł do komnaty Heleny.
Obudził ją. Spała już od ponad godziny. Ją widać także zmęczyła dzisiejsza kłótnia.
-Co
? - popatrzyła nieprzytomnie na opiekuna. - Czy coś się stało?
W jej głosie wyczuł, że wciąż jeszcze była zła. Zdecydowanie miała do niego żal i na pewno nie chciała z nim teraz rozmawiać. Miał tylko nadzieję, że to nie wpłynie zbytnio na jej decyzję.
-Mam dla ciebie propozycję - odezwał się do niej spokojnie. - Cedryk przyjechał z zaproszeniem.
-Jakim zaproszeniem? - zapytała zaciekawiona. - Dla mnie?
-Owszem. Mogłabyś spędzić dwa lata w obozie jednego z dawnych królewskich dowódców, Maracela.
Celowo nie wspomniał o Robin. Wciąż nie bardzo mógł uwierzyć w jej istnienie i rolę w obozie. Będzie się cieszył, kiedy zobaczy ją osobiście, postanowił.
-Co niby miałabym tam robić?
-W zaproszeniu doczytałem się jazdy konnej, strzelania z łuku, walki mieczem, ale pewnie nikt na siłę nie karze ci tego robić.
Zauważył, że gdy mówił o mieczu Helena znacznie się ożywiła. Szybko więc podchwycił temat i niedługo potem, po ustaleniu wczesnej pobudki następnego dnia, udał się do komnaty królewskiej. To były jedyne drzwi w tej części zamku, które nie otwierały się przed nim od razu. Musiał poczekać, aż Jego Wysokość zechce go przyjąć. Po pewnym czasie zrobił się już mocno zniecierpliwiony.
Kiedy w końcu dostał się do króla, musiał go najpierw przekonać, że to rozmowa prywatna. Potem, z pomocą podobnych argumentów, jakie wcześniej przedstawił Helenie, przekonał i jego.
Wręcz wybiegł z komnaty królewskiej i pobiegł do Cedryka.
-I co? - spytał chłopak.
-Jedziemy jutro we troje, - stwierdził Henryk. - Zapraszam jutro na śniadanie do mnie. Dołączą do nas jeszcze Helena i Cester.
-Zapomniałem powiedzieć, - zwrócił się Cedryk do wychodzącego już mężczyzny, - że przyprowadziłem prezent dla Heleny.
-Przyprowadziłeś?
-Nie było okazji pomówić o tym wcześniej. Robin przesyła jej siwą klacz. O ile wiem postawiono ją razem z moją.
Henryk z podziękowaniem skinął głową i udał się do stajni. Musiał uprzedzić stajennych o sytuacji i przygotować swojego własnego konia do wczesnego wyjazdy następnego dnia. Przy okazji zasięgnął języka i przyjrzał się siwej klaczy. Zwierzę zdecydowanie go zauroczyło. Był pewien, że spodoba się Helenie.
Położył się do łóżka bardzo późno, ale przynajmniej był pewien, że wszystkiego dopilnował, że jutro spokojnie wsiądzie na konia i bez żadnego zastanowienia zostawi za sobą wszystko w najlepszym porządku. Wypełnił kilka kartek więcej niż zwykle. Dyspozycje na kolejne dni były znacznie bardziej precyzyjne, niż zazwyczaj, żeby nic nie poszło nieprawidłowo. Poza tym załatwił wszystkie sprawy bieżące. I tak narobi sobie tym wyjazdem zaległości.
Rano bardzo wcześnie obudził Helenę i sam pomógł jej się spakować. W zasadzie sam wybierał jej rzeczy i podawał służce do pakowania do dużych podróżnych juk, które sam przyniósł. Nie mógł przecież dopuścić, żeby czegoś jej brakowało. Czuł, że już niedługo nie będzie miał żadnego wpływu na życie Heleny, jednak swojej części odpowiedzialności zamierzał dopełnić do końca.
Zeszli na śniadanie do jego komnaty, gdzie czekali już na nich Cester i Cedryk. Biskup wypytywał słaśnie chłopaka o jego ojca. Cedryk, niesamowicie zdziwiony wiedzą duchownego, dosyć niepewnie odpowiadał na jego pytania próbując mimo wszystko ukryć niektóre fakty.
-Nareszcie jesteście, - zwrócił się Cester do brata. - Zaczynałem myśleć, że Helena zrezygnowała z wyjazdu.
Henryk zauważył, że Cestern nie brał w ogóle pod uwagę możliwości sprzeciwu króla.
-Chyba żartujesz
- odpowiedział Henryk równie cicho. - To córka Wilfryda i Erandy. Nie spodziewałem się niczego innego, musi ją ciągnąć do lasu.
-Czym się denerwujesz? - spytał Cester widząc, że Helena i Cedryk zajęli się sobą.
-Ależ się nie denerwuję. - próbował przekonać brata Henryk.
Cester spojrzał na brata z politowaniem. Znał go od urodzenia i po samym tonie odpowiedzi umiał dokładnie poznać jego nastrój.
-Trzęsiesz się, tylko kompletnie nie wiem czemu
Przez chwilę myślał, że znowu dostanie od brata w twarz. Henryk wyglądał na co najmniej niezadowolonego. Nic się jednak nie stało. Mężczyzna głęboko odetchnął i spojrzał przez okno.
-Bardzo się zmieniła? - zapytał patrząc bratu w twarz. - Jest szczęśliwa?
Cester popatrzył na brata ze zdziwieniem. Henryk rzadko bywał wyprowadzony z równowagi, a jeszcze rzadziej zdarzało mu się okazywać niepewność, nawet przed nim. Tym razem był wyraźnie niepewny, jakby wręcz bał się spotkania.
-Zawsze umiała się cieszyć z drobiazgów, - powiedział Cester, - a po tym, co się stało, docenia je chyba jeszcze bardziej. Poza tym jest teraz sobą. Tak, chyba jest szczęśliwa.
Cester skłamał. Miał ostatnio wrażenie, że z dziewczyną coś jest nie tak, ale nie był w stanie określić, co go niepokoiło Tak czy inaczej Henryk wyraźnie się uspokoił. Cester jeszcze raz dokładnie na niego spojrzał. Wydało mu się, że tę noc jego brat spędził bezsennie.
Wyjeżdżali we troje, po przygotowaniu koni i załadowaniu rzeczy Heleny na jej konia. Zabierała ze sobą sporo rzeczy, głównie ubrań. Siwa klacz od razu spodobała się dziewczynie, a że sprawiała wrażenie świetnie ujeżdżonej i wystarczająco łagodnej, Henryk pozwolił jej na pozostawienie jej kuca i jazdę na nowym koniu.
Cester wyszedł razem z nimi, żeby się pożegnać, a przy okazji pomógł w szykowaniu koni. Cedryk zdziwił się biegłością jego wielebności w kiełznaniu nawet opornych wierzchowców.
Pod koniec siodłania Cester podszedł do Cedryka.
-Przekaż proszę, - zwrócił się do niego, - swojemu ojcu moje pozdrowienia i życzenia rychłego powrotu do zdrowia. Powiedz mu, żeby się do mnie pofatygował, kiedy już dojdzie do siebie. Mam dla niego robotę, która zdecydowanie mu się spodoba.
Helenie Cester życzył jedynie szczęścia, bezpieczeństwa i Bożej opieki. Dostała od niego mały, pięknie zdobiony srebrny krzyżyk na srebrnym łańcuszku. Henryk zdziwił się, jakim cudem jego brat skombinował taki prezent w ciągu zaledwie jednej nocy, ale szybko skojarzył, że znał ten wisiorek. Był to ten sam, który Cester otrzymał od swojego mentora po przyjęciu święceń kapłańskich. Ten znak wiary, poświęcony przez ówczesnego patriarchę miał mężczyznę chronić przed wszystkimi niebezpieczeństwami. Cester najwyraźniej nie na żarty bał się o bratanicę.
Przed samym wyjazdem Cester podszedł jeszcze do Henryka. Ściągnął go wzrokiem w dół i rozmawiał z nim szeptem.
-Nie znienawidź mnie, proszę, - powiedział patrząc mu w oczy, - za milczenie.
-Już to omówiliśmy, wszystko obgadaliśmy.
Henryk zauważył, że jego brat nie skończył i przytrzymał drobiącego już niespokojnie w miejscu ogiera chcąc usłyszeć resztę.
-Nie znienawidź mnie, gdy zobaczysz jeszcze jedną osobę powstałą z martwych. Moim obowiązkiem jest bezwzględne milczenie.
Cester cofnął się kilka kroków wypuszczając brata razem z Heleną i Cedrykiem przez bramę. Zostawił brata bez wyjaśnienia swoich tajemniczych słów, skierowanych tylko do niego. Patrzył na odjeżdżających a potem na zamykającą się bramę.
Henrykowi wyznanie brata nie dawało spokoju. Poza tym Cester był niepodobny do siebie, niepewny. Powaga sytuacji była niewątpliwie duża. Zapewne jak i najprawdopodobniej jego przyszłe zdziwienie na widok osoby, o której brat mu wspomniał. Tak czy inaczej nie mógł się sam tego domyśleć. Na pewno nie słyszał o jej powrocie. Doszedł do wniosku, że osoba, która nawet z Cesterem ośmieliła się spotkać jedynie w konfesjonale stanowczo pragnęła zachować swój powrót w tajemnicy. Uszanuje te wolę, postanowił, mimo własnej ciekawości, nie zapyta Cedryka. Ale musiał przyznać, że niesamowicie go to nurtowało.
Cedryk narzucił bardzo mocne tempo. Często oglądał się na jadących za nim gości i ich konie, ale nie zwalniał bez wyraźniej potrzeby. Koniecznie chciał zdążyć. Co jakiś czas kłusowali lub stępowali, ale głównie szybko galopowali. Zwalniali tylko po to, żeby nie zajeździć koni.
Koło południa chłopak zarządził niedługi postój. Uwiązali konie przy drzewach zostawiając im możliwość swobodnego skubania trawy, a sami usiedli na trawie. Cedryk szybko wyciągnął chleb, bukłak wody i kilka jabłek, które wziął przed wyjazdem z zamkowej kuchni. Helena, która ze zmęczenia przy zsiadaniu ledwo utrzymała się na nogach z radością rzuciła się na chleb. Była bardzo głodna.
-Będziesz musiała się podszkolić w jeździe konnej - powiedział Cedryk podczas posiłku. - Taki wyjazd nie powinien sprawić ci żadnych problemów.
Helena popatrzyła z wściekłością na dawnego znajomego. Zawsze uważała się za znakomitego jeźdźca i właśnie dlatego nie chciała kontynuować lekcji z Henrykiem. Teraz Cedryk koniecznie chciał jej udowodnić, że jej umiejętności nie są nawet akceptowalne. Była zła. Dokładniej mówiąc wściekła. I głodna i przede wszystkim niesamowicie zmęczona. Mięśnie stopniowo, po kolei zaczynały ją boleć, a najwyraźniej mieli jeszcze przed sobą niezły kawałek drogi. Nie odpowiedziała na zaczepkę.
-Daleko jeszcze? - zapytał Henryk, też już lekko zmęczony. - Dojedziemy takim tempem przed zmrokiem?
-Dojedziemy przed wieczorem, - odpowiedział spokojnie Cedryk. - Mam zamiar zdążyć jeszcze przed rozpoczęciem zabawy.
-Zabawy? - zainteresowała się od razu Helena.
-Obozowa zabawa, - odpowiedział Cedryk. - Tańce, wyżerka i świetne towarzystwo. Poza tym alkohol - dodał cicho uśmiechając się do Henryka porozumiewawczo.
Helena była pozytywnie zaskoczona jeszcze zanim zobaczyła obóz. Czekała ją obozowa zabawa, namiastka wymarzonych balów, na które wciąż rzadko miała wstęp. Spodziewała się świetnej zabawy i dużej ilości tańca.
-Heleno, - zwróciła się do niej Henryk. - Musisz pamiętać, że przyjeżdżasz do obozu incognito. Jako mało ważna księżniczka.
-Jak to?
-Nikt nie może się dowiedzieć, że jesteś córką króla. To bardzo ważne.
-Nit nie będzie się nad tobą użalał, - stwierdził beznamiętnie Cedryk, - ani się tobą specjalnie zajmował.
Helena milczała nieco wystraszona. Dotychczas wszyscy nauczyciele, włączając w to nawet Henryka raczej ją oszczędzali ze względu na jej pochodzenie. Kiedy jej się nie chciało, to po prostu się nie uczyła. Kompletnie nienaturalne wydawało się jej słuchanie innych, a co gorsza miała im się jeszcze podporządkować. Widziała kilka razy, jak Cedryk otrzymywał niezbyt przyjemne dla niego rozkazy i nie podobała się jej perspektywa spełniania czyichś zachcianek.
Cedryk serdecznie się do niej uśmiechnął, kiedy siedzieli już na koniach i od razu zrobiło się przyjemniej. Podjechał do niej i przechylił się w jej stronę.
-Nie martw się, - szepnął do niej, - jak nie będzie ci się podobać, to cię odwieziemy.
Zebrali się na sygnał Cedryka. Konie zdążyły już odpocząć, poczuli to. Helena i Henryk byli zmęczeni, a ten, w sumie bardzo krótki, postów niewiele im dał. Oboje mieli nadzieję, że szybko dojadą do celu.
Cedryk prowadził ich coraz bardziej niedostępnymi ścieżkami leśnymi. Musieli czasem mocno się schylać, żeby nie zostać na gałęziach. W pewnym momencie, na jednej z węższych ścieżek, wyprzedziła ich dwójka jeźdźców. Henryk zauważył, że wieźli obaj po świeżo upolowanym jeleniu.
Helena poczuła się głodna. Chwilę później usłyszała muzykę. Poczuła, że dojeżdżają i że będzie jej tu dobrze.