|
POWIEŚĆ INTERNETOWA
Przyjęło się każdą internetową twórczość prozatorską określać mianem „opowiadania”. Formalnie nie zawsze jest to określenie poprawne, bo opowiadanie to utwór krótki i jednowątkowy, zaś internetowa twórczość nie zawsze spełnia te założenia. Skąd to się wzięło?
Jeśli przypatrzymy się serwisom poświęconym twórczości literackiej, zobaczymy, że rzeczywiście dominuje tam opowiadanie. Czasem dłuższe, czasem krótsze, opowiadania pozwalają autorowi przedstawić konkretne wydarzenie z życia konkretnych postaci – rozwiązanie idealne dla fan-fiction, gdzie świat jest już wykreowany, wydarzenie – określone, zaś autor ma tylko „zapełnić dziurę” w życiu postaci. Ta forma sprawdza się też w wypadku klasycznego slashu, gdzie celem opowiadania jest połączenie jakiejś pary. Serwisy internetowe pozwalają na umieszczenie całego tekstu za jednym zamachem – choćby i opowiadanie miało pięćdziesiąt stron, możesz spokojnie nie rozbijać go na kawałki, dając czytelnikowi do zrozumienia, że tekst stanowi jedną, zwartą i spójną całość.
Blogi wymuszają odmienną formę publikacji. Zignorujmy już niechęć większość blogowiczów do tekstu dłuższego niż strona w Wordzie – niektóre serwisy, jak na przykład LiveJournal, wręcz obcinają tekst. Nie ma rady, publikując na blogu musimy podzielić swoją twórczość na mniejsze kawałki, dostosować ją jakoś do formy publikacji. Jeśli piszemy „ot tak”, oczywiście, bo istnieją całe zastępy blogowych pisarzy, którzy nigdy nie zastanawiali się nad formą swojej twórczości.
Każdy, kto chodzi po blogach musiał się z tym zetknąć – historie pisane zupełnie bez planu, ciągnące się w nieskończoność, oparte tylko i wyłącznie na perypetiach sercowych bohaterki. Jeden wątek, przeciągany do granic możliwości, ozdobiony kolejnymi przeciwnościami losu, wymyślanymi pod wpływem chwili lub z chęci utrzymania uwagi czytelników, punkty kulminacyjne prowadzące do nikąd, wątki i postaci porzucane i zapominane, w końcu nagły, przypominający streszczenie, koniec – bo autorka miała już dość swojego dzieła i postanowiła je zakończyć (czasem tylko po to, by stworzyć następne). Takie dzieło opowiadaniem trudno nazwać, ale powieścią też nie. Gdyby było pisane świadomie, można by nazwać je formą eksperymentalną...
Świadomi pisarze starają się trzymać pewnych zasad i tak powstają dzieła plasujące się gdzieś miedzy opowiadaniem, a powieścią. Czasem po prostu blog będzie po prostu zbiorem opowiadań, czasem zdarzają się tak dziwaczne twory, jak jeden blog poświęcony w całości opowiadaniu, które jest publikowane w kawałkach (przypominających długością życzenia na świątecznej kartce). Każdy autor inaczej radzi sobie z przeniesieniem obranej przez siebie formy na realia internetu. Chyba w najgorszej sytuacji są autorzy internetowych powieści.
Zarówno na blogach, jak i na serwisach zdarzają się prawdziwe powieści. Nie bójmy się użyć tego słowa, pewne dzieła, jak „Dyskretny Urok Smoków”, „Wishmaster”, „Siedem Lat na Monachium”, „Ukryty Trop”, „Znikające Gwiazdy” nie zasługują na miano opowiadań. Długa historia, wiele wątków, wielu bohaterów, wszystko zaplanowane i przemyślane – nie bójmy się stosować słowa powieść, autorzy tych historii nie mają się czego wstydzić, ich dzieła dorównują wielu wydanym w klasycznej formie, a jeszcze większą ich ilość – przewyższają. Określanie takiej historii mianem „opowiadania” to zbytek ostrożności, to jakby przykładanie się do tezy o niewielkiej wartości internetowej twórczości.
Pisanie internetowej powieści w odcinkach jest niebywale trudne. Nawet jeśli autor ma w głowie plan, a musi go mieć, jeśli chce stworzyć coś co będzie miało ręce i nogi, może się okazać, że nagle przyjdzie mu do głowy genialny, rewolucyjny pomysł, że któryś bohater zachowa się nie tak, jak było zaplanowane (Dobrze wykreowane postaci mają nierzadko skłonności do życia własnym życiem.). Czasem jakaś scena czy motyw wyleci autorowi z głowy, czasem nagle pojawi się nowy wątek – w efekcie powstają dziesiątki mniejszych czy większych niekonsekwencji, nad którymi trzeba cały czas panować. Autor piszący powieść przeznaczoną do wydania jest w o tyle lepszej sytuacji, że może po zakończeniu przeczytać ją całą i poprawić – autor internetowy musi pilnować się cały czas, a i tak nigdy nie opanuje wszystkiego – pączkujących wątków, bohaterów epizodycznych wybijających się na plan pierwszy, nieznacznych zmian w wizji świata, czy rzeczy tak prozaicznej, jak ewolucja własnego stylu.
Odrębnym problemem są czytelnicy. Jak utrzymać ich uwagę, jak sprawić, by po roku nie zapomnieli początku historii, by zauważyli postać, która przewinęła się w jednym z początkowych rozdziałów tylko po to, by nie pojawić się z niczego w połowie akcji? Żeby nie pomylili wątków, zapamiętali który z bohaterów co powiedział i z czego wynika jego zachowanie. Jeśli dodatkowo autor lubi umieszczać w swoim dziele niedomówienia i swego rodzaju symbole, nikła jest szansa, że któryś z czytelników odczyta wszystko, co zaplanował. Utrzymać uwagę przez rok, czasem dłużej – zadanie godne Herkulesa. Trzeba przeciągnąć czytelnika przez wszystkie dłużyzny, mające na celu ukazanie psychiki postaci – albo zaryzykować otarcie się o kicz, kończąc każdy odcinek efektownym cliffhangerem. Trzeba umiejętnie stopniować napięcie i pomału ujawniać tajemnice, by dać czytelnikowi szanse samodzielnego dojścia do tego, kto jest kim. I liczyć się z tym, że tak czy inaczej zawsze trafi się ktoś, kto w twojej historii będzie widział tylko romans, że jakiś oceniający jęknie „Skończ tę telenowelę!”, nie zauważając twoich planów i fabuły dążącej pomału, acz uparcie do konkretnego celu.
Jak sobie z tym poradzić? Na pocieszenie możemy przywołać dziewiętnastowiecznych klasyków, którzy publikowali swoje dzieła na łamach prasy. W gruncie rzeczy zmuszeni oni byli zmierzyć się z problemami podobnymi do naszych – i jakoś sobie z nimi radzili, choć wszelkie poprawki musieli wprowadzać do ręki
- czy maszynopisu, a raz wydrukowanego w gazecie rozdziału nie mogli już zmienić. My mamy nad nimi przewagę techniczną – skorzystajmy z niej, ale pamiętajmy też, że najlepsi musieli się borykać z tym, co teraz gryzie nas.
Wszystkie określenia ilości stron podane dla czcionki Times New Roman, 10
Powrót Uwagi? Zajrzyj
|