Redakcja Warszawska

O podróżach do Giedroycia w czasach PRL-u (część pierwsza)

29 czerwca odbył się w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza na Rynku Starego Miasta w Warszawie wernisaż wystawy pt. "Wokół Giedroycia", zorganizowanej z okazji 100 rocznicy urodzin twórcy paryskiej "Kultury". Koordynatorem wystawy był dyrektor Muzeum, Janusz Odrowąż-Pieniążek przy współpracy pani wicedyrektor Elżbieta Banko-Sitek. Scenariusz napisała i kuratorem wystawy została Jolanta Pol. Prawdziwą perełką wystawy okazał się esej dyrektora Odrowąż-Pieniążka, ilustrujący warunki, jakie zapanowały w dziedzinie kultury po "odwilży" Października 1956 roku w PRL w wyniku dojściu do władzy Władysława Gomułki. Oto pełny tekst tego eseju.

W końcu sierpnia 1957 roku wyjeżdżałem z Warszawy do Paryża po - oczywiście - wiele miesięcy trwających staraniach o paszport, a to czekaniu na zaproszenie wuja, mieszkającego podówczas w departamencie Hautes-Pyrenees (Górne Pireneje, graniczą z Hiszpanią, tam jest Lourdes - ZB). Do Wiednia jechałem sleepingiem Wagons-Lits-Cook (zresztą razem z Andrzejem Drawiczem) za radą kompozytora Tadeusza Szeligowskiego, który mnie objaśnił, że jazda sleepingiem do Wiednia jest o połowę tańsza od zwykłej drugiej klasy, bo tu i tam inaczej przeliczają dolary. Były to czasy, kiedy takie anomalie były w Polsce rzeczą najnormalniejszą. Do Jerzego Giedroycia trafiłem zaraz pierwszego tygodnia pobytu w Paryżu. Jan Józef Lipski obarczył mnie bowiem misją osobistego zakomunikowania Redaktorowi, żeby ufał Osobom, które , powołują się na Zarząd Klubu Krzywego Koła: sam Klub Krzywego Koła nie wystarcza. Miło zostałem przyjęty, z saloniku wychodził właśnie August Zamoyski. Redaktor rozmawiał ze mną w swoim gabinecie (gdzie także - po czterdziestu trzech latach - przyjął mnie ostatnim razem na trzy miesiące przed śmiercią w czerwcu 2000 roku), wypytując i o moje zainteresowania zesłańcami syberyjskimi po Powstaniu Listopadowym. Otrzymałem telefon i adres Czesława Miłosza, którego potem odwiedzałem w Montgeron, a i później, kiedy zaś przez pół roku byłem pod Pirenejami, otrzymałem od Redaktora list z pewnymi informacjami. Wróciłem do Paryża na wiosnę 1958 roku. W samych początkach czerwca w Bibliotece Polskiej, gdzie siadywałem codziennie nad materiałami mickiewiczowskimi. zjawił się Zbyszek Herbert, który też po wielu paszportowych perturbacjach mógł wreszcie wyjechać, a zrobił to też pociągiem, i też przez Wiedeń. Po sprawie Hłaski, bardzo wtedy głośnej, kazali mu paszport oddać, ale w końcu mu go zwrócili.

Jak przesyłano CAŁE PAKI "trefnej literatury" do PRL

Pod datą 1S czerwca (1958 roku) mam zapisane, że pojechaliśmy razem do Maisons- Laffitte. Rozmowa oczywiście o Hłasce: Herbert zarzuca mu, że przez niego sytuacja pisarzy w Polsce zaostrzyła się, odmawiano paszportów młodym literatom. Zygmunt Hertz nie zabierał głosu natomiast pani Zofia traktowała całą sprawę sportowo: "Marek jest w Nicei. ma trochę forsy, paszport do października - żebyście panowie wiedzieli, ile było telefonów do niego; nie wiadomo było, co z tego wybierze, etc.". Giedroyc na to, że książkę Hłaski ("Cmentarze. Następny do raju") miał już od roku w maszynopisie, ale Irena Szymańska prosiła go, aby się wstrzymał z drukiem, bo ma nadzieję, że jednak w PIW'ie będzie to mogła wydać, Hłasko zaś po przyjeździe sam nastawał na druk, mimo że Redaktor - jak powiedzia - lekko się wzbraniał. Ale takie fakty jak wydanie książki zagranicą - mówił - stwarzają nową sytuację, niemożliwą w systemie okresu stalinowskiego, na przykład książka BorysaPasternaka "Doktor Żiwago", która wychodzi tu za zgodą autora po rosyjsku w wydawnictwie emigracyjnym. Nie można się wahać, gdy z jednej strony chodzi o jakąś posadę czy wyjazd ("Tyle teraz ludzi przyjeżdża i nie wiadomo po co..."), a z drugiej strony chodzi o sprawy większej wagi. Herbert na to, że teraz już wydrukowane tomy wstrzymywane są przez cenzurę. Giedroyc: "Czy warto dla kilku wierszy rezygnować z tomu ? Coś trzeba usunąć - na pewno jakiś kompromis jest do przyjęcia, oczywiście do pewnych granic. Na przykład Związek Literatów mało działa. Gdyby działał aktywniej mógłby stworzyć inną sytuację, chociaż stoi nad nim Komitet Centralny i jego funkcjonariusze". Herbert na to, że uchwały Związku czy Zarządu nie maj ą żadnego znaczenia. "Był tu u nas na sześciogodzinnej rozmowie - mówił Redaktor - Adam Schaff, dając do zrozumienia, że przyszedł za zgodą wyższych czynników, a rozmawiał z nami jak z równorzędnym mocarstwem. Opowiadał, że uczeni marksistowscy są teraz w Polsceprześladowani: jeśli się nie uda ofensywa `wolnokonkurencyjności', to Partia sięgnie do `metod administracyjnych'. Przywiózł na tydzień przed opublikowaniem odbitki szczotkowe artykułów Andreja Brauna z `Nowej Kultury' i Gustawa Gottesmana z `Przeglądu Kulturalnego', dostarczone mu przez jego uczniów. Chciał wysondować o tym wszystkim opinie `Kultury"'. Chyba już w roku 1959, bo mieszkałem wtedy w Centre Polonais de Recherches Scientifiques czyli w domu PAN na rue Lauriston, zadzwonil do mnie Redaktor, informując urzędowym tonem, ze Fundusz Wolności Kultury przyznał mi jakieś stypendium. Pewny byłem, że telefon na rue Lauriston jest na esbeckim podsłuchu (może był na francuskim ?)...Dość że stypendium tego ze strachu nie odebrałem i powiedziałem później o tym Jeleńskiemu, który mnie tam protegował. "Istotnie - skomentował - może Giedroyc nie powinien tam do pana dzwonić". Wiem natomiast, że takie samo stypendium w tym samym czasie odebrał - bo dużo później pisał gdzieś o tym - Artur Sandauer. ale też jego pozycja w Polsce była inna niż moja. Podsłuchu chyba jednak nie było, bo o Redaktora z Maisons- Laffitte nigdy mnie po powrocie do Warszawy esbecy - jakże słusznie przez Herberta nazywani łapsami - nigdy nie pytali, ani o Czapskich, u których też bywałem. Skupili się oni na osobie profesora Stanisława Kota, do którego skierował mnie mój mistrz, profesor Julian Krzyżanowski, i który istotnie jakieś stypendium francuskie mi załatwił, ba zapraszał nawet na obiad z Mikołajczykiem, z czego się wymigałem. Co dziwne, łapsy wypytywały mnie o profesora Stanisława Wędkiewicza, w tym czasie oficjalnego dyrektora Stacji Naukowej PAN w Paryżu. Pokazywali mi nawet serię zdjęć z pozycji jamnika: jak idę z Wędkiewiczem ulicą. Chciałem jedno z nich wziąć na pamiątkę, ale zostałem surowo zgromiony. Chyba wtedy dowiedziałem się, że współpraca z esbecją to...NIC UWŁASZCZAJĄCEGO. Rozmówcy moi nie wiedzieli także, że gdy wracałem do Polski we wrześniu 1959 roku udało mi się przeszwarcować kilkadziesiąt książek, z rocznikiem "Kultury" włącznie, które trafiły do Muzeum Adama Mickiewicza, kierowanego wtedy przez mego znakomitego poprzednika, Adama Mauersbergera - dziś od roku 1971 - Muzeum Literatury. Otóż Zygmunt Hertz w porozumieniu z Redaktorem prosił mnie przed moim powrotem o przeszwarcowanie dwudziestu pięciu egzemplarzy wydanego właśnie (1959) w sztywnej oprawie tomu w języku ukraińskim "Rozstrzelane odrodzenie", zawierającego antologię wierszy pisarzy później rozstrzelanych, ale i takich, którzy zmienili front i funkcjonowali dobrze w rzeczywistości stalinowskiej i post-stalinowskiej, jak np. znakomity tłumacz "Pana Tadeusza" Maksym Rylski (syn Polaka, Ścibor-Rylskiego i Ukrainki), świetny skądinąd poeta. Wracając więc do Warszawy, książki, czasopisma etc. wysłałem tzw. "petite vitesse'' ("niewielką szybkością") przesyłka szła kilka tygodni i trafiła do jakiejś towarowej komórki na Dworcu Gdańskim, w miejsce, gdzie niedawno postawiono supermarket "Arkadia". Tam praktycznie nie było już żadnej kontroli celnej ! (Dokończenie nastąpi wraz z pewnymi informacjami biograficznymi).

Autor: Zygmunt Broniarek

Opr. Andrzej Szkoda     

[powrót]