Redakcja Warszawska

Jak przyjeżdżali do Trblinki Żydzi z Zachodu ?

To ciężka lektura, ale warta przeczytania. Chodzi o książkę Wasylego Grossmana, (1905-1964), radzieckiego pisarza i dziennikarza, korespondenta "Krasnoj Zwiezdy", pt. "Pisarz na wojnie - Na szlaku bojowym Armii Czerwonej 1941-1945" (Wydawnictwo Magnum, Warszawa, 2006). Książka została opracowana przez brytyjskiego historyka i pisarza, Antony Beevora, przy współpracy tłumaczki, Luby Winogradowej. Jednym z najbardziej wstrząsających rozdziałów książki jest ten, który opisuje przyjazd i dalsze losy Żydów, przywożonych do Treblinki nie z Polski czy z innych obszarów wschodnich w bydlęcych wagonach i w bydlęcych warunkach, ale z Europy 

Zachodniej - Francji, Belgii, Austrii, Holandii. "Tam - pisał Grossman - ludzie nigdy nie słyszeli o Treblince - i do ostatniej chwili wierzyli, że jadą na roboty. Wszystkie te pociągi z krajów europejskich przychodziły bez ochrony, z normalną obsługą; w ich składzie znajdowały się wagony sypialne i restauracyjne. Pasażerowie wieźli ze sobą pojemne kufry i walizki, znaczne zapasy żywności. Dzieci pasażerów wybiegały na stacjach pośrednich i pytały, kiedy będzie Ober-Maidan" (bo tak obsługa określała cel pociągu)....Nawet peron ,,Ober-Maidanu" urządzony był jak normalny dworzec pasażerski - z kasami i restauracją. A później zaczynało się coś, co przewyższało piekło. Na przykład, gdy już pędzono nagich "pasażerów" do komór gazowych, regułą było to, co następuje: "Zabawny człowieczek nazwiskiem Suchomił krzyczał, strojąc miny i kalecząc z rozmyslem niemieckie słowa: `Dzieci, dzieci, szneler, szneler, woda w łaźni już stygnie...' . I śmiał się, robil przysiady, tańczył. Ludzie z podniesionymi rękami, szli w milczeniu pomiędzy dwoma szpalerami straży pod uderzeniami kijów, kolb karabinowych, gumowych pałek. Dzieci, ledwo nadążając za dorosłymi, biegły. W tym ostatnim żałosnym pochodzie wszyscy świadkowie podkreślają bestialstwo jednego człekokształtnego stworzenia - esesmana Tzepfa. Specjalizował się on w zabijaniu dzieci. Obdarzony ogromną siłą, porywał nagle z tłumu dziecko i albo machał nim jak maczugą, uderzając jego głową o ziemię, albo rozrywał na dwoje". "Wszystkich nas - ciągnął Grossman - powinno ogarnąć przerażenie nie dlatego, że natura rodzi takich zwyrodnialców - w świecie organicznym występują różne monstra - cyklopy i stworzenia o dwóch głowach. i odpowiadające im straszliwe wynaturzenia i ułomności duchowe. Przerażające jest coś innego: te stworzenia, które powinny być izolowane jako fenomeny psychiatrii, funkcjonowały w Niemczech jako aktywni, pełnoprawni obywatele". I dalej: "Szerokie drzwi gmachu śmierci otwierały się powoli...Esesmani spuszczali ze smyczy wytresowane psy, które rzucały się w tłum i szarpały zębami nagie ciała skazańców. Z dzikimi wrzaskami `schneller, schneller!' bili kolbami pistoletów maszynowych zdrętwiałe z przerażenia kobiety. Wewnątrz samego gmachu uwijali się pomocnicy jednego z komendantów, Schmidta, zapędzając ludzi w otwarte drzwi komór gazowych. W tym momencie przed gmachem pojawiał się zastępca komendanta całego obozu, Kurt Franz, prowadząc na smyczy swego psa Barriego. Pan specjalnie go wytresował, żeby rzucał się na skazańców i wyszarpywał im części intymne". Tacy byli oprawcy hitlerowscy. Słusznie więc, Benedykt XVI zwracał się publicznie do Boga w Birkenau z wołaniem:  "Dlaczego, Boże, milczałeś ? Dlatego na to przyzwoliłeś ?" Ale i na to wołanie odpowiedzi nie było.

Wielkie przyjęcie u nowego ambasadora Rosji

Premiera! Nowy ambasador Federacji Rosyjskiej, Władimir Grinin, przybył do Polski po długiej przerwie, kiedy w Polsce ambasadora rosyjskiego w ogóle nie było. Podobna sytuacja trwała w Moskwie, gdzie dopiero niedawno swe listy uwierzytelniające złożył nowy ambasador RP, Jerzy Bahr. Pan Grinin był uprzednio ambasadorem rosyjskim w Finlandii, pan Bahr - Szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego (BBN), mianowanym, nota bene jeszcze przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Nie uszło to uwagi obserwatorów, zwłaszcza, że na swym stanowisku - dyrektora departamentu w BBN - pozostał inny nominat Aleksandra Kwaśniewskiego, gen. bryg. dr Stanisław Woźniak, obecny na przyjęciu. Premiera ambasadora Grinina polegała na tym, że wkrótce po jego przybyciu do Warszawy, przypadło Narodowe Święto Rosji, z okazji którego, ambasador, wraz z małżonką, wydali 12 czerwca przyjęcie. Wielkie, dodajmy, ponieważ frekwencja była rekordowa.

W jakich zawodach nie ma "byłych" ?

Ambasador Grinin ma duże poczucie humoru. Stoję między generałem dywizji Henrykiem Dziewiątką, Szefem Generalnego Zarządu Rozpoznania Wojskowego Sztabu Generalnego RP (po angielsku wygląda to bardziej "ujawniająco" - Military Intelligence Directorate), a wiceadmirałem Maciejem Węglewskim, Szefem Szkolenia Marynarki Wojennej RP, Dowódcą Garnizonu Gdynia, i panem Marianem Walczakiem, przewodniczącym Zarządu Głównego Towarzystwa Porozumienia Polsko-Białorusko- Rosyjskiego, który ma na swym koncie nie tylko wiele orderów, ale i siedmiominutową rozmowę z prezydentem Putinem. Podchodzi ambasador Grinin. Wszyscy się przedstawiają, ja mówię, że jestem "polskij żurnalist" a pan Marian - z miłą przesadą - żem "samyj izwiestnyj (najsławniejszy) polskij żurnalist". Ja, próżny, tak całkiem temu nie przeczę, tylko oslabiam ten komplement slowem "bywszyj" ("były"). Na to ambasador: "Nie ma nigdy byłych dziennikarzy tak jak nie ma byłych generałów". To prawda, ale są byli prezydenci. Jeden z nich, Richard von Weizsaecker, były prezydent Niemiec, przybył do Polski na zorganizowaną 12 czerwca w Belwederze Konferencję z okazji 15-lecia podpisania Polsko-Niemieckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Powiedzmy od razu, że von Weizsaecker jest byłym prezydentem Niemiec tylko po polsku, natomiast po niemiecku sprawa wygląda inaczej. Po niemiecku za słowem "Bundespraesident" - "Prezydent Federalny" - są dwie "tajemnicze" literki "a.D" - "ausser Dienst" - dosłownie "poza służbą", w wolnym tłumaczeniu zaś "w stanie spoczynku". Tak jak w wojsku w Niemczech i w Polsce i tak jak w Polsce w przypadku sędziów Sądu Najwyższego, o czym dowiedziałem się dopiero niedawno od sędziego Sądu Najwyższego, Józefa Musioła, nota bene wielkiego promotora Zespołu "Śląsk". ,,Nie jestem ani `byłym' ani `emerytowanym' sędzią Sądu Najwyższego - powiedział mi - ale `sędzią w stanie spoczynku"'. Tyle, że on nigdy nie spoczywa, a przeciwnie - to wulkan energii.

Aluzja do pewnego błędu

Von Weizsaecker wygłosił w Belwederze przemówienie, w którym zrobił lekką aluzję do pewnego błędu jednego z prezydentów Niemiec w czasie wizyty tegoż prezydenta w Polsce. Wszyscy tę aluzyjkę zrozumieli, bo nastąpił wybuch śmiechu. W książce Normana Daviesa o Powstaniu Warszawskim jest wyjaśnienie tej sprawy. W 1994 roku obchodzono uroczyście w Warszawie 50-lecie wybuchu Powstania Warszawskiego. Prezydent Lech Wałęsa zaprosił na uroczystości m. in. ówczesnego prezydenta Niemiec, Romana Herzoga. Ten, pisze Davies, "popełnił niewyobrażalną gafę. Uprzejmie podziękował za zaproszenie, lecz z jego listu jasno wynikało, że jego doradcy myślą, iż chodzi o pięćdziesiątą rocznicę powstania w getcie (1943). Na szczęście Herzog zadał sobie wiele trudu aby zatrzeć fatalne wrażenie". Uczynił to w swym przemówieniu w Warszawie. To zresztą z powodu takich pomyłek, Davies zatytułował swoją książkę "Powstanie `44", a nie "Powstanie Warszawskie". I dużo tym zrobił, by liczbę pomyłek zmniejszyć.

Autor: Zygmunt Broniarek

Opr. Andrzej Szkoda     

[powrót]