 |
jednym i w drugim państwie odbyły się niedawno wybory podwójne - parlamentarne i prezydenckie. - W Polsce - stwierdził - doszły do władzy siły, które wprowadzają
nowe rozwiązania systemowe, i zdawało się nam początkowo, że będzie to oznaczało ochłodzenie stosunków polsko-niemieckich. Tak się jednak nie stało, a jednym z pozytywnych zjawisk jest to, iż możemy omawiać wszystkie problemy
"tabulos" - "bez żadnych tabu". Ale problemy oczywiście są i będą. Jako jeden z nich ambasador omówił sprawę "rury" pod Bałtykiem. Polacy, ciągnął, uważają, że Niemcy nie powinni załatwiać spraw z
Rosjanami ponad głowami Polaków, i słusznie. Pani kanclerz Merkel zgodziła się z tym i 2 grudnia 2005 roku powołano dwie robocze grupy ekspertów dla przedyskutowania dwóch spraw: Centrum Wysiedlonych i rurociągu pod Bałtykiem. W
tej drugiej grupie - ciągnął ambasador - uczestniczyłem osobiście. Godziliśmy się co do tego, że Europa zachodnia potrzebuje dużo gazu. My mówiliśmy, że nie możemy oprzeć się na dostawach z Wielkiej Brytanii i Holandii, ponieważ
wydobycie stamtąd zmniejsza się. Czy chcemy tego czy nie, Rosja jest dla nas najbardziej naturalnym dostawcą gazu. Nie jesteśmy naiwni i przewidujemy możliwość szantażowania nas gazem, ale z drugiej strony Rosja nas też potrzebuje.
Mieliśmy w naszej grupie roboczej dużo szczerych rozmów z naszymi polskimi kolegami przy piwie. Mówiliśmy im: możecie podłączyć się do gazociągu pod Bałtykiem. Z Kreiswaldu, do którego ten gaz będzie docierał, do Szczecina jest
tylko 80 kilometrów. Na tej trasie można zbudować gazociąg do Polski za stosunkowo małe pieniądze. I tam Rosjanie już nie będą mieli nic do powiedzenia. Ale z waszej strony usłyszeliśmy, że takie rozwiązanie nie wchodzi w rachubę.
Wy mówiliście o gazie norweskim i o wielkich inwestycjach na wybrzeżu do przyjmowania gazu skroplonego od dalekich producentów lub o gazociągu ze złóż kaspijskich do Bawarii, omijającego Rosję. To były rozmowy nieformalne i ja sam
proponowałem, by ich nie ujawniać. Ale gdy polska strona zdymisjonowała publicznie doradcę premiera, który proponował udział Polski w gazociągu pod Bałtykiem, to uznaliśmy, że można o sprawie mówić publicznie. Do tego punktu
przemówienia odniósł się profesor Longin Pastusiak, były marszałek Senatu. Stwierdził: "Jest amerykańskie powiedzenie: `If you can't beat them, join them' (`jeżeli nie możesz ich pobić, przyłącz się do nich') i ja jestem
zwolennikiem tego powiedzenia. Ale z gazociągiem jest tak: Rosjanie mają w nim 51 procent, Niemcy - 49 procent udziału. Czy gdybyśmy się do gazociągu przyłączyli, Niemcy przekazaliby nam część swojego udziału ? Na to ambasador
Schweppe: - Tak i mówię to ex cathedra. Jedną jednakże sprawę, ambasador Schweppe podkreślił z autentycznym entuzjazmem - zakończony właśnie Rok Polsko-Niemiecki, w którym brał udział bardzo czynny. , czasie tego roku - powiedział
- odbyło się 2000 - tak jest, dwa tysiące - imprez niejako oficjalnych, oraz dodatkowo 1000 - tak jest, tysiąc - imprez w Niemczech, że tak to określę `spontanicznych'. Wszystkie one zostały sfinansowane tylko w dwóch procentach z
budżetu federalnego, a cała reszta - z budżetów lokalnych. Co więcej, w porównaniu np. z Francją, powstała zasadnicza różnica: we Francji imprezy te organizowały ELITY władz lokalnych. a więc nie Kowalscy i Dupontowie, natomiast w
przypadku Roku Polsko-Niemieckiego - byli to właśnie Kowalscy i Schmidtowie. ORAZ MŁODZIEŻ, bardzo dużo MŁODZIEŻY. W czasie swego wystąpienia, ambasador Schweppe podkreślał wielkie znaczenie wizyty Benedykta XVI w Polsce i
wspomniał, że on sam jest ewangelikiem, natomiast jego żona katoliczką. Pod koniec więc naszego lunchu, zadałem mu pytanie: "Co znaczyły dla Pana jako ewangelika, a jeszcze bardziej, dla Pańskiej żony, jako katoliczki, słowa
papieża w Birkenau: `Boże, dlaczego milczałeś, dlaczego pozwoliłeś na tak straszne zbrodnie ?". Ambasador odrzekł: - To bardzo ważne pytanie i dla mnie, i dla mojej żony, i nieważne jest, że ja jestem ewangelikiem, a ona
katoliczką. Kiedy byłem jako ambasador w Polsce dopiero trzy miesiące i bardzo słabo mówiłem po polsku, przeczytałem w `Rzeczpospolitej' w tłumaczeniu artykuł Marka Edelmana, z którym się nie zgodziłem. I on pisał, że musi upłynąć
czas może dziesięciu pokoleń zanim Niemcy i Polacy będą mogli ze sobą naprawdę poważnie rozmawiać. A więc zatelefonowałem do niego, do Łodzi. Nie wiedziałem, czy on mówi po niemiecku i bałem się, że ze swoją ówczesną polszczyzną
nie dam sobie rady. Ale zaryzykowałem na zasadzie, co będzie, to będzie. Okazało się, że Marek Edelman mówi po niemiecku. Powiedziałem mu więc, że się z nim nie zgadzam i zaprosiłem go do siebie. do Warszawy na rozmowę. Na to on: -
Panie Ambasadorze, jestem starym człowiekiem i trudno byłoby mi do Pana od razu przyjechać. Ale od czasu do czasu przyjeżdżam do Warszawy z wizytą do wnuków, to pozwoli Pan, że wtedy Pana uprzedzę i z Panem się spotkam. |