Spis treści

 

tu teraz razem
nowa planeta Zabawa układacze snów
niemądra piosenka Nasze przestrzenie romans
Afrodyty (walc) zgniatanie samotności dojrzewanie
pacierz (dialog) pod arkadami siły!
nasza carrara nasza ważka Na ostrowie
chwiejni dzisiaj zasnę spokojnie echo nam odpowie
moc możemy do syta nie pójdę sama
przeniesienie rzuć monetą siądźmy przed jutrem
tańczymy wrażenie wyrwane dni
zielona kreska złodziejka na skraju melancholii

 

tu teraz razem


kurtyna wzlatuje widzowie aktorzy
fala po fali w jeden grzbiet
góry piaskowe z podobnych ziaren
lasy zrośnięte mocno w szum-sen

t e r a z   nie musimy wśród zupełnie obcych
szukać miejsc w niepewnej przestrzeni 
unosić się zbyt daleko od bliskich
w naszym   t u   muskamy ziemię

nie oszukujemy podziwiając wschody
r a z e m    przed zastanym kłoniąc głowy
ślemy uśmiechy z wiary w to co jest
nieustannym powodem do radości 

ty jak zwykle znów dziecinniejesz
więc przekornie będę dorosła
zrobimy z łupiny łódeczkę
wielka woda będzie nas niosła

postawimy żagle w skorupce
mocny wiatr znów dmuchnie zuchwale
poniesie nas za marzeń kręgi
nie potrzebne nikomu wiosło

czas utonął w jeziorze teraz
trwałe nasze się nie oddala
jeśli czas wypłynie na wodę
zakryje nas potężna fala

 c o   z   t e g o   że w nurt spadniemy z mostu 
każde po tęczowej stronie strugi
jeden prąd nas poniesie na brzegi
by ucierać na piach jak kamienie 

teraz bez kresu i bez początku 
urzeka czystą gładzią swojej tafli
nie czekamy nadejścia zaćmienia
chwalimy blaski dziennej gwiazdy

rozścielimy nasze miękkie razem
na białej plaży co nieskończona
cienie w kontur na piasku złączone
kiedy zmierzamy w stronę słońca

c o   z   t e g o   że w jasności spalonych
powiew nad czarną wodę zagoni
na dnie spoczniemy z ulgą trzymając
się za ręce okryci jeziorem

Do spisu

nowa planeta

Zabawa

 

zasnuta dymem i pajęczyną
tonąca przestrzeń w dusznych oparach
zaciąga ciężką kotarę kropli
przed opowieścią śnioną niespiesznie

rozmyte myśli i pragnieniami
otwarte drzwi do cud-krainy
doliną rzeka zatacza koła
nad rozlewiskiem wstają zamglenia

z podmuchem wiatru zatańczy zjawa
rozchyli z wdziękiem swoje muśliny
oczy przesłoni rzęsą zwierciadła
opadnie w chwili opamiętania

błąd popełniony skruszy kamienie
woda bezwładnie dalej się toczy 
wiatr mocno usnął – zapomni rana 
bo było warto zaszaleć wczoraj 

ciężko jest razem - źle w samotności

 

na czerwone czekam jak ognia
boję się nie patrzeć w tę stronę
widzę więcej po mojej winie
łatwiej ulegam pokusie 

nie wyrosnę nigdy z zabawy
tej huśtawki znowu dostałam
unieś dłonie i zechciej
bym się do nieba podniosła

niebo kusi jak łatwy wierszyk
lotofagi tęsknię spokoju
sennością obiecam wytchnienia
z codzienności znoju i udręk

pomarszczona skóra nic kremy
Pinokio spłomieniał bez żalu
słucham wolnych dźwięków ospały
szumy wiatru wody zagrają

 

 

Do spisu

 

układacze snów

niemądra piosenka

 

kazałeś mi wyśnić wyspę
patrząc przez zamknięte oczy
przepadać w skołatane głębiny
co wirami ciągną do dna

włosy rozpuszczam w sieć
zarzucam na każdy rozedrgany
refleks kiedy ziemia pochyla się
nisko w stronę kuszącego nieba

w plejadach odbite ognie
dziewczyny są zawsze z nami
aż wszystkie słowa ułożymy
pod puchową poduszką

 

 

teraz siedzę przy oknie
smutno znowu kogoś brak
w kierach burza szaleje
zdrowy gonisz polny wiatr

słucham znanej muzyki
chociaż tyle możesz dać
wpadasz czasem na chwilę
mówisz - o siebie już dbaj

stale jest ciebie mało
w kołowrotku plączesz nić
patrząc na mnie wymownie
dajesz wierzbowe witki

lniana nitko żagle pleć
na błękicie rozłóż je
niebo wiatru dużo daj
wodo – stań się moim snem

 

Do spisu

 

nasze przestrzenie romans

 

wysypię miałki piasek w pokoju
puszczę gromkie krzyki mew z głośnika
fotografię żaglowca na ścianę
będę mocno solanką oddychał

zamiast słońca kwarcówka pod sufit
fantazji białe wydmy zostawię
i tę sosnę na pół zasypaną
i wiatr musi wziąć udział w zabawie

maszty - te drzewa czekają na reje
wanty - struny napięte do grania
moje złudzenie pięknej przestrzeni
wezmę udział w misterium czekania

wolno znosi mnie na pełną wodę
duża fala kołysze mną ostro
bez mapy nie wiem czy w dobrą stronę
chcę na oślep przed siebie prosto

 

wieczorami włóczysz się za mną jak cygan
grając na harmonijce smętne melodie
niespodzianie  drogę  zachodzisz złodzieju
w czapce rozwianych włosów na głowie

nie ostrzegła mnie ziemia i nagle pęka
w szczelinę wpadam - nieostrożna dziewczyna
w wirze lecimy razem przekornie w niebo
straciłam oddech - więc nasz romans ma klimat

spotykamy w drodze cygańskie tabory
przyszłość stara cyganka wróży mi z ręki
''twe uczucia chłopak ci ukradł bo złodziej
zostaniesz samotna bez serca na wieki''

nie uwierzę słowom starej cyganichy
złotawe iskry w oczach chłopca migają
rozbijemy nad piękną rzeką nasz obóz
fale pieszczą brzeg a marzenia zostaną

ta nocna opowieść niewiele jest warta
co mocno kochasz jest ważniejsze od życia
dla nauki jedno tajemnie wam powiem
widzicie: romans to jest cygańskie dziecię             

Do spisu

Afrodyty (walc)

zgniatanie samotności


Afrodyty w pianie z morza tańczą walca 
cały szereg w mokrym piasku ćwiczy kroki
tylko słońcu dają widzieć swoje wdzięki
z mglących tiulów z ciemnych wirów w suchość biegną

kamień nieład wznieca spokój tafli łamiąc 
długim rzędem sunie oddział morskich panien
żaglą rzęsy niosąc oczom szybką ulgę
wodne dziewy ciągle słyszą z Wiednia dźwięki

w białych muszlach wicher śpiewa raźnym tonem
jedną falą ścieli nisko morskie trawy 
w długie grzywy czesze miałkie ziarnka piasku
sypie ostro niszcząc bogiń drobne ślady


smutek zamieszkał w okrutnej pustce
między wersami nabierał siły
dlatego zbliżyć muszę do siebie
dwa sensy skryte w liniach tekstu

(mój smutek mieszka 
między wersami zmniejsza 
odległość do ciebie
coraz bliżej)

wzruszam się nieskończonymi 
zdaniami przenikasz mnie 
stadami kropek łatwo przesadzić w nic 
nie znaczących szczegółach

zamknij w nawiasie wątpliwości
pozbądź się znaków zapytania
na końcu zdania nie stawiaj kropki
bądźmy bez znaków przystankowych

rządzi wiatr morzem i pustynią

Do spisu

 

dojrzewanie 

pacierz (dialog)


kiedy kobieta kłamie jej usta
dojrzewają miękko jak wiśnie
pękają w deszczowym sadzie
krwiobieg rozszerza przekroje

jaskiniowiec rył i malował na skale
obfite kształty kamiennej 
sztuki bez modlitwy codziennej
lepsza uprawa zimowych ogrodów

czy to przywilejem czy przekleństwem
może darem niezaspokojenia
szukanie szczęścia jesienną kreską
obietnice bólu dotrzymane

uśmiechy prawdy pachną dymami
koloru miodu do wirowania
pszczoły zamknęły żądła bezsilne
patrzą jak płynie słodyczy rzeka

deptane pestki urodzą drzewa ?

 

wygłodnieję i zacznę żyć jak wilk
spragniony wędrowiec szukający wody
rzucę się na ziemię w piach w błocie
unurzam zwolnione ręce i twarz

     jestem i będę bo nie zniknę
     umyję twoją twarz po blaski
     rozjaśnienia niech patronują
     uśmiechowi moje gwiazdy

ostatnie słowo zostawiam druhowi
proszę byś pomógł zamknąć oczy
przyjacielu jeszcze nie opuszczaj
skończę jak odtrącony wierny pies

     nie powiem słowa odrzucenia
     niech świecą dłużej niż widzę
     trwam wycierając pocieszeniem
     smutek radości oczekuję

nie zabieraj wiary zbyt wcześnie
piasek nie odda śladów twoich stóp
kiedy pod powiekami kamienie
nie zostawiaj nigdy tułacza we mgle

     tysiące lnianych kwiatów ubiera
     nieba przestrzenie fałdami szaty
     daje barwami ufności blaski
     do przebudzenia w świat wyobraźni

Do spisu

 

pod arkadami

siły!


przelotne spojrzenia na odległość
koniuszków palców nikt nie dotknął
kiedy zagrała niesłyszalna muzyka
splatając razem niebo i ziemię

w zacienionych krużgankach słychać echo
odbitych kroków od kamiennej posadzki
przeplatane półcieniami fałd jedwabnych sukien
łagodnie okryte pyłem spod stóp w ciżemkach

uwikłany w poloneza wąż pstrokaty
niekompletny – jeden chłopak idzie sam
bo dziewczyna uwiedziona rytmem sklepień
jest kolumną w ciągu napowietrznych sal


kwiat bez łodygi i dziewięciu sił
wykopać go możesz lub zdeptać
a zachwyt?

z zapachem nie kojarz bo go brak 
nie upadnie w proch tak nie urósł
a zachwyt?

może to dmuchawiec nie odleciał
wcześnie przygnieciony wilgocią
a zachwyt?

jeśli liście kolczaste rozkłada rozetą
i słońcem z koszyka kwiat rozwiera ?
to zachwyt

Do spisu

nasza carrara

nasza ważka

w trzech słowach dwóch sercach jedno 
umysłem odsłonięte wnętrzności góry 
marmur nasze oczarowanie
pozbawiony zarysowań i plam

wirują litery jak liście 
wiatrem układane wersy
nasz świat to prawda odkryta
przez mistrza cierpliwości

uciskany połyskuje kwarcowo 
wyrwaną wysokości potrzeba 
spojrzeniu z serca dźwięczącego
równo rytmem wierzę przyszłości

skała wytrwa w bieli 
póki mnie potrzebujesz

ważka trafia w fałdę piasku
lśnieniem skrzydeł wabi oczy
zaraz wolna wzleci w przestwór
wodę z wiatrem w jedno złączy

miga witrażami wstążki
wiąże cekinowe skrzenie
w lustereczkach odbijana
przestrzeń wraca wyżej blasku

jeszcze słońce światłem miesza
farby w garnku czekasz z pędzlem
blade resztki szybko znikną
zmokłe liście do szyb kleisz

Do spisu

Na ostrowie

chwiejni

rozgonię powietrze na cztery strony
zatrzymam chmury uniesione złością
rozkołyszę uśpione nudą morze
rozbłękicę w mgnieniu oka przestworze

zaraz popiję myślenie herbatą
mocną więziennie czernieje w szklanicy
na pniu cokole pomagać gotowa
przy wybieraniu właściwego słowa 

za siódmym niebem jest samotna wyspa
długa jak szeroka na cztery stopy
trawa ugięta bliskością nóg naszych 
unosi sklepienia sięgając marzeń

tęskność jak makia zapachnie wolnością
słodka woda tak miesza się ze słoną
wydobywając ostrość innych smaków
pokosztować nam smakowitych jagód 

w każdym wzejdzie nowe słońce
jak piasek kwarcowy i śniegi
gwiazd mrowie okruszków nad głową
tych zmyśleń uznanych za grzechy
bez drogi ruszamy na przeciw

za ręce chwytamy się mocno
tak będzie bezpieczniej o wiele
i więcej przestrzeni nie zniesie
niż kropla kropelki pół zgoła

nas niesie słowami świat cały
we łzach radości i żalu
jest bardzo ułomny to pewne
lecz ręce opuścić? nie sposób

już rano śpiewamy we dwoje

Do spisu

dzisiaj zasnę spokojnie

echo nam odpowie

wiele lat powstawały ziarenka piasku
pustynnego to spotkanie naszych marzeń 
po drodze znalezionych na naszej kuli
mówić coraz ciszej nie milknąć już nigdy

kamień trze o kamień nie czekając na wiatr
trzęsienie lub wielką wodę tworzą miejsce
uśmiechu skupione na cudach codzienności
nie wiedząc czego los figlarny zażąda

nie trzeba poznawać wszystkich granic 
jest czym dzielić się z całym światem
wystarczy iść do tonących piramid
pamiętając o kłanianiu się wielbłądom
pójdziemy kiedyś do lasu
będziemy tulić do każdego pnia 
ty z jednej strony z drugiej ja
drzewem w jeden świat złączeni

obejdziemy wszystkie świerki i sosny
zielona przestrzeń nieskończona
powiesz że zawsze tak będzie
a wiatr poniesie trzask gałęzi

w dolinach łany niezapominajek
odbijają wszystkie nieba
spadają nam szyszki na głowę
tego nam było trzeba

szklą pejzaże w twoich oczach

Do spisu

moc możemy do syta
wyobraźnia - uwodzicielka prowadzi w knieje
ponosi wyżej niech wzlatują albatrosy
w słońce w chmury
w czyste niebo

baśnie - drzewa w wymyślnej korze
pokryte liśćmi lub igłami pogięte
w słońce w chmury
w czyste niebo

fantazja – nawleka nad stawami paciorki
trzykrotki sekretnie ślą rosę
w słońce w chmury
w czyste niebo

dzieci zmieniają świat jak tylko zapragną
                                                       
kość odrapana z mięsa niezbyt dokładnie
zimna woda na cal ponad
ulubiony garnek jeszcze niekompletny
dodam marchew seler pietruszkę

chrusty rozważnie rozpalę w ogień
niech się wodzionka rozgrzewa
jeszcze soli i pieprzu do smaku
suchy chleb obok jednego talerza

gotować na wodzie to sztuka
nie musimy się najeść do syta
wystarczy zapach gorącej pary
by dokuczliwy głód poczuć od nowa

Do spisu

nie pójdę sama

przeniesienie

nie mogło mnie spotkać nic
prócz ciebie nie ma przeznaczenia
wypisały strofy na twojej twarzy
chcę je zdążyć odczytać

i tak przepłakałam pół nocy
jak uśmiech ma nas zdobyć
naprzeciw idziemy samotnie
osłonić ostatni nieodkryty atol 

czasem podnosisz telefon
do ucha i słyszysz szum morza
nie tłumacz że słone potrawy
na brzegu zawsze będę czekać

cukier dzielimy równo i sól 
krok za krokiem w uśmiechy
wbijamy nasze szczęścia
zaginając następną kartkę

niech myślą że zwlekamy
siedziałem rano nad Motławą
a zaraz tuż przy Martwej Wiśle
słońce wstawało lecz tylko ciepłem
mówiło jestem zza mgielnego puchu

pluskiem fale wołały bym
przywitał każdą z osobna
liczyłem na pocałunki dłoni
przez zwichrzone grzywy

moczyły mankiety mijając ręce
jedna po drugiej witając brzeg
wabiły zielonymi zarostami
pilnie ćwiczonymi w tańcu

raz rano wschodzi

Do spisu

rzuć monetą siądźmy przed jutrem
jeśli to miasto nas zechce 
z otwartymi ramionami
rozpoznamy się wszędzie
będziemy witać świeże ulice

nie? - pójdziemy dalej
szukać przyjaznych okien
razem - radośni odnalezieniem
siebie nie zatrzymamy w biegu

położę głowę na ramieniu
moje oczy twoje spojrzenia
jeśli jednych zabraknie
będą tylko nasze
chcesz mnie zobaczyć przed jutrem
więc zabieram ci wolne wieczory 
razem milczeć o wiele lepiej
wszędzie jakby zapowiedź ciszy

wymyślmy dzisiaj stół przykryty 
zielonym żółto wyszywanym obrusem
sześć białych talerzy srebrne noże widelce 
wkoło nie krzesła lecz wygodne ławy

może dzień ze słońcem bogaty
w cienie ojciec barwnych plam
już nie tworzymy piękna jest
tylko dojrzeć gdzie dojrzewa

Do spisu

tańczymy wrażenie
parszywieje nasz świat na przedmieścia
my frajerzy wierzymy w marzenia
kołują mewy nad śmietnikami
skrzydła mewy w albatrosy zmienią

pamiętamy o tangu na wodzie
tchem melodia narzuca rytm kroków
fala z falą przemierza przestrzenie
kończą żywot spienione na plaży 

pustawa sala orkiestra znudzona
skrzypek sercem przeciąga akordy 
harmonista udaje grę tańca
niesie dym z papierosów wysnuty

jeszcze drgają cienie tancerzy 
wyobraźnia każe sunąć im dalej
w opowieści o trwałej przyjaźni
krokach na jutro pewnie stawianych
rzeka oddaje cienie kasztanów
zlotki strojone w różne białości
gładko ślizgają jedna nie goniąc 
drugiej zazdrości szumu falbanek

zręcznie mijają węzły schowane
gładzią przykryte czają korzenie
ręce gościnnie krzyżem zbierają
radość wczesnego wiatru powraca

białe pagórki jeszcze się puszą
woda pociąga opór daremny
nurtem układa wiry w mgławice
chmury żeglują w twoim spojrzeniu

mrużymy powieki

Do spisu

wyrwane dni zielona kreska
dojrzałe wiśnie w łabędzim puchu
dumniejesz ptaku w amarant z bielą
masztową szyję wygina siła
przeszłego losu przebytej chwały

nadwodne biegi pofruniesz w niebo
zieloną kreskę odnaleźć sprawnie
rysują żagle w odblaskach luster
wygięte linie z Vincenta dłoni

zagrane wiatrem łagodne tony
żegnają ciszę orkiestra cała
przedstawia marsza równając kroki
pierwszego rzędu zasnąłem zaraz

kalendarz kusi czerwoną chwilą
zamienia oddech w skrzydlatą parę
zwyczajnych znaków codziennie dając
odwagę naszym zbłąkanym śladom

nie patrzmy w przestworza
za zieloną kreską poza błękitem
nie ma już świątyń w białym pyle
zatopimy dłonie a nieobute stopy 
ułożą melodię wieczniąc ślady 

nazwę ciebie chabrem zerwanym
z łanów umieszczonych w butonierce
zapamiętane o każdej porze
okamgnienia nie muszą się spieszyć

więksi i ciężsi od Chrystusa z Rio
ruszymy po chwałę wyciągając ręce
gotowi tulić lub ofiarować cierpienia
potrzebującym więc samotnym

daję ci puste równie tak 
jałowe pejzaże bez cieni 
lęki pragnienia bogactwa
kształtów owiniętych w płótna

Do spisu

złodziejka na skraju melancholii
mgła ukradła horyzont
schowała za siebie brzeg
a księżyc?
z wrażenia wpadł do wody
trafił przez przypadek

rozpuścił się jak cukier
smużąc srebrzyste blaski
przesłodził?
słodyczą rozpostarły
na topielców sieć

skazani nie liczą dni 
w myślach toną razem
ratować?
do łańcuchów wysp daleko
nie czas na odpoczynek

Do spisu