Spis treści
| tu | teraz | razem |
| nowa planeta | Zabawa | układacze snów |
| niemądra piosenka | Nasze przestrzenie | romans |
| Afrodyty (walc) | zgniatanie samotności | dojrzewanie |
| pacierz (dialog) | pod arkadami | siły! |
| tu | teraz | razem |
|
|
ty jak zwykle znów dziecinniejesz |
c o z t e g o
że w nurt spadniemy z mostu |
|
zasnuta dymem i pajęczyną |
na czerwone czekam jak ognia
|
|
kazałeś mi wyśnić wyspę
|
teraz siedzę
przy oknie
|
| nasze przestrzenie | romans |
|
wysypię
miałki piasek w pokoju |
wieczorami
włóczysz się za mną jak cygan |
|
Afrodyty (walc) |
|
|
|
|
|
pacierz (dialog) |
|
|
|
wygłodnieję i zacznę żyć jak wilk |
|
|
|
|
w trzech słowach dwóch sercach jedno |
ważka trafia w fałdę piasku |
| rozgonię powietrze na cztery strony zatrzymam chmury uniesione złością rozkołyszę uśpione nudą morze rozbłękicę w mgnieniu oka przestworze zaraz popiję myślenie herbatą mocną więziennie czernieje w szklanicy na pniu cokole pomagać gotowa przy wybieraniu właściwego słowa za siódmym niebem jest samotna wyspa długa jak szeroka na cztery stopy trawa ugięta bliskością nóg naszych unosi sklepienia sięgając marzeń tęskność jak makia zapachnie wolnością słodka woda tak miesza się ze słoną wydobywając ostrość innych smaków pokosztować nam smakowitych jagód w każdym wzejdzie nowe słońce |
jak piasek kwarcowy i śniegi gwiazd mrowie okruszków nad głową tych zmyśleń uznanych za grzechy bez drogi ruszamy na przeciw za ręce chwytamy się mocno tak będzie bezpieczniej o wiele i więcej przestrzeni nie zniesie niż kropla kropelki pół zgoła nas niesie słowami świat cały we łzach radości i żalu jest bardzo ułomny to pewne lecz ręce opuścić? nie sposób już rano śpiewamy we dwoje |
| wiele lat powstawały ziarenka piasku pustynnego to spotkanie naszych marzeń po drodze znalezionych na naszej kuli mówić coraz ciszej nie milknąć już nigdy kamień trze o kamień nie czekając na wiatr trzęsienie lub wielką wodę tworzą miejsce uśmiechu skupione na cudach codzienności nie wiedząc czego los figlarny zażąda nie trzeba poznawać wszystkich granic jest czym dzielić się z całym światem wystarczy iść do tonących piramid pamiętając o kłanianiu się wielbłądom |
pójdziemy kiedyś do lasu będziemy tulić do każdego pnia ty z jednej strony z drugiej ja drzewem w jeden świat złączeni obejdziemy wszystkie świerki i sosny zielona przestrzeń nieskończona powiesz że zawsze tak będzie a wiatr poniesie trzask gałęzi w dolinach łany niezapominajek odbijają wszystkie nieba spadają nam szyszki na głowę tego nam było trzeba szklą pejzaże w twoich oczach |
| moc | możemy do syta |
| wyobraźnia
- uwodzicielka prowadzi w knieje ponosi wyżej niech wzlatują albatrosy w słońce w chmury w czyste niebo baśnie - drzewa w wymyślnej korze pokryte liśćmi lub igłami pogięte w słońce w chmury w czyste niebo fantazja – nawleka nad stawami paciorki trzykrotki sekretnie ślą rosę w słońce w chmury w czyste niebo dzieci zmieniają świat jak tylko zapragną |
kość odrapana z mięsa niezbyt dokładnie zimna woda na cal ponad ulubiony garnek jeszcze niekompletny dodam marchew seler pietruszkę chrusty rozważnie rozpalę w ogień niech się wodzionka rozgrzewa jeszcze soli i pieprzu do smaku suchy chleb obok jednego talerza gotować na wodzie to sztuka nie musimy się najeść do syta wystarczy zapach gorącej pary by dokuczliwy głód poczuć od nowa |
| nie mogło mnie spotkać nic prócz ciebie nie ma przeznaczenia wypisały strofy na twojej twarzy chcę je zdążyć odczytać i tak przepłakałam pół nocy jak uśmiech ma nas zdobyć naprzeciw idziemy samotnie osłonić ostatni nieodkryty atol czasem podnosisz telefon do ucha i słyszysz szum morza nie tłumacz że słone potrawy na brzegu zawsze będę czekać cukier dzielimy równo i sól krok za krokiem w uśmiechy wbijamy nasze szczęścia zaginając następną kartkę niech myślą że zwlekamy |
siedziałem rano nad Motławą a zaraz tuż przy Martwej Wiśle słońce wstawało lecz tylko ciepłem mówiło jestem zza mgielnego puchu pluskiem fale wołały bym przywitał każdą z osobna liczyłem na pocałunki dłoni przez zwichrzone grzywy moczyły mankiety mijając ręce jedna po drugiej witając brzeg wabiły zielonymi zarostami pilnie ćwiczonymi w tańcu raz rano wschodzi |
| rzuć monetą | siądźmy przed jutrem |
| jeśli to miasto nas zechce z otwartymi ramionami rozpoznamy się wszędzie będziemy witać świeże ulice nie? - pójdziemy dalej szukać przyjaznych okien razem - radośni odnalezieniem siebie nie zatrzymamy w biegu położę głowę na ramieniu moje oczy twoje spojrzenia jeśli jednych zabraknie będą tylko nasze |
chcesz mnie zobaczyć przed jutrem więc zabieram ci wolne wieczory razem milczeć o wiele lepiej wszędzie jakby zapowiedź ciszy wymyślmy dzisiaj stół przykryty zielonym żółto wyszywanym obrusem sześć białych talerzy srebrne noże widelce wkoło nie krzesła lecz wygodne ławy może dzień ze słońcem bogaty w cienie ojciec barwnych plam już nie tworzymy piękna jest tylko dojrzeć gdzie dojrzewa |
| tańczymy | wrażenie |
| parszywieje nasz świat na przedmieścia my frajerzy wierzymy w marzenia kołują mewy nad śmietnikami skrzydła mewy w albatrosy zmienią pamiętamy o tangu na wodzie tchem melodia narzuca rytm kroków fala z falą przemierza przestrzenie kończą żywot spienione na plaży pustawa sala orkiestra znudzona skrzypek sercem przeciąga akordy harmonista udaje grę tańca niesie dym z papierosów wysnuty jeszcze drgają cienie tancerzy wyobraźnia każe sunąć im dalej w opowieści o trwałej przyjaźni krokach na jutro pewnie stawianych |
rzeka oddaje cienie kasztanów zlotki strojone w różne białości gładko ślizgają jedna nie goniąc drugiej zazdrości szumu falbanek zręcznie mijają węzły schowane gładzią przykryte czają korzenie ręce gościnnie krzyżem zbierają radość wczesnego wiatru powraca białe pagórki jeszcze się puszą woda pociąga opór daremny nurtem układa wiry w mgławice chmury żeglują w twoim spojrzeniu mrużymy powieki |
| wyrwane dni | zielona kreska |
| dojrzałe wiśnie w łabędzim puchu dumniejesz ptaku w amarant z bielą masztową szyję wygina siła przeszłego losu przebytej chwały nadwodne biegi pofruniesz w niebo zieloną kreskę odnaleźć sprawnie rysują żagle w odblaskach luster wygięte linie z Vincenta dłoni zagrane wiatrem łagodne tony żegnają ciszę orkiestra cała przedstawia marsza równając kroki pierwszego rzędu zasnąłem zaraz kalendarz kusi czerwoną chwilą zamienia oddech w skrzydlatą parę zwyczajnych znaków codziennie dając odwagę naszym zbłąkanym śladom nie patrzmy w przestworza |
za zieloną kreską poza błękitem nie ma już świątyń w białym pyle zatopimy dłonie a nieobute stopy ułożą melodię wieczniąc ślady nazwę ciebie chabrem zerwanym z łanów umieszczonych w butonierce zapamiętane o każdej porze okamgnienia nie muszą się spieszyć więksi i ciężsi od Chrystusa z Rio ruszymy po chwałę wyciągając ręce gotowi tulić lub ofiarować cierpienia potrzebującym więc samotnym daję ci puste równie tak jałowe pejzaże bez cieni lęki pragnienia bogactwa kształtów owiniętych w płótna |
| złodziejka na skraju melancholii | |
| mgła ukradła horyzont schowała za siebie brzeg a księżyc? z wrażenia wpadł do wody trafił przez przypadek rozpuścił się jak cukier smużąc srebrzyste blaski przesłodził? słodyczą rozpostarły na topielców sieć skazani nie liczą dni w myślach toną razem ratować? do łańcuchów wysp daleko nie czas na odpoczynek |