Spisy treści

Nie umiałam się lękać

Ile rozumu? Już przyszła Kochanek
Miniatury Ogrody Paleta
Pisana Pod kopułą Przeklęte
Kołysanka

Z dala od ludzi

wiesz co robisz precz nazwana córką
przyjaźń na dobre czasy zbyt wiele uraz
jesiennie na pewno sublimacja
ryzykownie nie judasz przed zimą
osłupienie myślenie bez głowy alienacja
który raz behawioryzm deja vu
sennie balans naciek
równowaga powrócić nie sposób lot
nie tobie reguły armageddon
to minie po... pamięć
opus przez kroplę matuzalowa nuta

Między zmysłami  - tym którzy mnie nie opuszczą

jest jeszcze ósme niebo.. daj jeszcze chwilę w zapomnieniu
w zamyśleniu znaki darowane
zapadanie udręka odlot
szukanie nie żegnaj noc do płakania
dawidzie do zobaczenia w trawach
bez zazdrości mijanie scalanie
luka obiecany walc inkrustowanie
zrobię szalik drocz się ze mną rozśmieszanek

[Po drodze mi było]

jeśli to był dom na wodzie sekstant - złapać słońce
z wiatrów ...stróż uniesienie
jam ożywiona lubię
nie skoszona bajka kiedyś
Jak kamień Dziewicza "nad wodą"

    

Ile rozumu?

Już przyszła

 

sięgam tylko do ramion
a rozumów wszystkich nie zjadłam

mogę wstawać z kogutem
włos na czworo rozdzielać
każdemu zakrywając oczy
Temidzie też-syneczku

 

rozlała się trawa zielona
nad nią obłoki jak z waty
drzewa pęcznieją płodnością
wody rozpuszczone w potoki

w górze kluczem lecą łabędzie
wrony grę jakąś prowadzą
sroka uplata gniazdo
na wierzbie co jeszcze nie płacze

kaczeńce wychodzą spod wody
na dni dłuższe zerkając
słońce ucieka na zachód
wieczory znów są czerwone

 

Do spisu

 

Kochanek

 Miniatury

 

wołam ciebie przez rozdźwięk
chaotycznych ruchów cząsteczek

a ty
suchowiejem falujesz śpiące
trawy układasz wyobraźnią

bryzą morską trącasz grzbiet
rozpraszając na tęczowe kropelki

monsunami letnimi urodzaje
przynosisz ciepłem i wilgocią

mój wietrze

 

dałam lapis lazuli
zaraz wodą w przestrzeń
pod chłodnym niebem
migdałami sypiesz

dopełniam ostrością żółtego
wprost do słońca
przelewasz w zieleń
uzdrawiając widnokręgi

ha
fantazja w humoreskę
- a czerwony wygrywa

 

 

Do spisu

Ogrody

Paleta

 

nie ma w tobie już szczerości
której zaznałam gdy piliśmy
czerwone wino pod baldachimem
a pszczoły jak cash cow
znosiły nam  słodkie nektary

już trawą zarosły ogrody
wiatr wygania z altany zeschłe liście
nie powrócimy do oczek wodnych

tylko twoje odbicie w krzywym zwierciadle

 

akwarelą poranek maluję
mgliście rozwodnionym błękitem
i siwą zielenią nie nasycę traw
otulonych jeszcze rosą

rozświetlę południe żółtym
akrylem ostro zaznaczę słońce
dachy położę czerwienią
i ochrą ruchliwe uliczki

ulubione oleje zostawię
na impresjonistyczną noc
fioletu granatu i ognia
co kochanków rozgrzewa  winem

 

 Do spisu

Pisana

Pod kopułą

 

bez sęków miękko lipowo
zrodzona w modlitwie  na kolanach

na kredzie i alabastrze
w kontury emanacja prowadzona
ręką twórcy farbą i pozłotą
płasko w czystości kolorów

świętość w złocie i chwała
zielone życie ubóstwa brązu
w świetle świec kolory pełnią
blasku wznoszą rozum i ciało
w pokłonie

 

uchylonym oknem wiatr
wdziera się szarpie płomienie
świec ześlizguje po płótnie

kadzielnica złocona kołysze
z żaru ziół kłęby wydobywa
nasycona słodycz-mdleje

cicho organy zagrały
nabrzmiewając zasłuchanie wypełnia
strzela  sopran przeszywa
ostrym grotem kopułę
Ave Maria

moja dusza jest uzdrowiona

 Do spisu

Przeklęte

Kołysanka

szeleszcząc gubi poskręcane
listy na wietrze

usychają nabrzmiałe błony
pękając z bólu 

skrzypiące rogi nieznanymi
dźwiękami wywołują dreszcze

zmęczone sznury trzeszczą przenikliwie
przechodząc w stan kruchy

strzelają nerwowo bicze
rozcinając powietrze do chmur

już nic nie toczy
w uschłych podporach

ptak usiądzie i zaśpiewa
nim powali się i sczernieje

oczy zastygłe  matową
perełką na papierze w kąciku
usta nie drgnęły ni razu
spłynęła powolnie samotnie

wybaczenie tak lekko
przychodzi przez szepty
w serdecznych ustach
szorstki węzeł uwiera

już nie pomyślisz że ręka
niezapominajki rozgarnia
raz jeszcze na pożegnanie
-śpij spokojnie ojcze

  Do spisu

 wiesz co robisz

precz

jesteś dumnym człowiekiem
a drugiego odzierasz do białych kości
zabrakło smaku sumienia

do ciebie mówię
i nie patrz zdziwionym wzrokiem
przypłynę świętą rzeką
będziesz na łodzi
u bram z ukochanym

twoje zło powróci do ciebie

 

 

nie lubisz moich słów
twoje zawsze są lepsze
myślisz czarami uwiedziesz
mnie w tamten świat

żyj bliznami
one leczą twój umysł
wiąż wstążkami wyobraźnię

dziel się na czworo
widzieć ciebie nie chcę

 Do spisu

 

nazwana córką

przyjaźń na dobre czasy

 

stanę na progu twojego domu
zasłonisz oczy i zaśpiewasz
piosenkę o mamie
przebijając mi krtań

kazałaś matce konać
zalewając zupą odleżyny
licząc każdy grosz
choć żaden nie spłynął

liście jeszcze nie opadły
szykujesz jej następny pogrzeb

 

spotkałam ciebie na ziarnku grochu
nieoswojona jeszcze szłaś obok
z naręczem nieśmiertelników

odległe dłonie przemakały
wzajemnie pociągi mijały się
na maleńkich stacjach każdego dnia

nie wyślę już listu z konwaliami
czas nie czekał na chwile
które nosimy w podartych kieszeniach

dzielić już nie ma czym

 

 


  
Do spisu

zbyt wiele

uraz

 

nie uczysz się na błędach
zdając moje egzaminy
wsadzasz palce pomiędzy
oczy wydłubując

nieswoje zakamarki uwikłań
chcąc trzymać za rękę
wykręcasz nadgarstki

miało być tak miło

obrzydła skrytość męczy
jak woda kapiąca w to samo
miejsce ścieka po twarzy

nabrzmiewają więzy zimno
powraca strach się nie kończy
łamanie zwiększa kryzys
nie mija ucieka w drażliwość

trauma narasta


  Do spisu

 jesiennie

na pewno

 

może przyjdzie dzień jesienny
ciepłymi palcami domkniesz
moje oczy by przejrzeć

nadejdzie martwa godzina
dłonie położysz na moich kamiennych
i przypomnisz o istnieniu

opadłe liście wiatr zmiecie w ogień
którego nie zdoła zgasić ul
ewa

 

 

przewidziana godzina jest pewna
jeszcze jej nie ma w konturach
wiem że będzie zadana
i dzień naznaczony uderzy

odległy czas się rozchyli
złakniona ziemia zapragnie
między dwa drzewa położy
gdzie spokój rozdziela odległość

już się wyśnienie nie spełni
tylko czas przeszły

  Do spisu

 

sublimacja

ryzykownie

 

bryłą lodu w ramionach
nie rozpływasz się w ustach
w dzień ulatujesz mi

mam ciebie tylko nocą
zażywasz truciznę i prosisz
do tanga z uczuciem
impulsami płynie żądza

topniejesz widząc moje
bose stopy
płyniesz

 

bez krwi i kości mózg
na większych obrotach
emocje oderwane od ziemi
łagodnieją zmrożone kolce

przyjaciele wydali wyrok
w agonii chcąc dobić
targu bez szkody
jeśli na zbyciu skorupa

 

  Do spisu

nie judasz

przed zimą

 

to piekło nie było za grzechy
dla zabawy pocałunek zaprawiony
goryczą trwa na wieki

nie oderwiesz ciekawskich
kroków od smoły co wciąga
jak bagno gdy mówisz
że szeol na ziemi dzięki
tobie dobry człowieku

zmęczenie nic nie znaczy
kiedy chęć na świadomość
odpychasz brzegi prostą ręką
torturują niedokonane zamysły

odpadają zniszczone podeszwy
na pięcie zwalniasz krok
wiatr piaskiem rzuca w oczy
na czas usypiania

   Do spisu

osłupienie

myślenie bez głowy

na ziemi twarzą w dół
katalepsja dociska spustoszenie
umysłu naprawić nie sposób

to jeszcze nie śmierć

modlitwa nie jest prośbą
o pomoc w lęku
zmienia się krajobraz
nim bachorza zaleje
ostatnią godzinę

na nic pokora w upokorzeniu

stojąc na wielkiej kuli
zapatrzona błądzę impulsami
nieskończony wszechświat
odurza magiczne myślenie

znika powierzchowność przeczucia
wymuszone poznania zacierają zmysły
przeważają bajeczne przeciwności

zbawienne nastroje pobudzają
pragnienia łagodną linią
dążą w objęcia morfeusza
tylko w snach- ucieczka

  Do spisu

 

alienacja

który raz

 

ulubione wywary dosmaczasz
słodyczą mlaskając w zachwycie
rozpływasz w fermentach
kwasu zatrzymać nie sposób

wzburzone hybrydy napinają
jaźń do wyczerpania
pęka oś spinu

z przyzwolenia możesz być
nikim 

 

 

w snach tylko drwina
a pamięć nie sięga początku
prawdy tracić i odnajdywać
w poszukiwaniu pomocy

zdychanie w sobie
niedostrzeżone jak przegrana
usypia otwarte oczy
od nadmiaru słońca

początek zawsze łapie się
za ogon

 

  Do spisu

 

behawioryzm

deja vu

 to nie pawłow wyuczył
lęku przez pustynię
obijając o garby
bez śladów powrotu

wiatr zawiał piaskiem
nie ma drogi ucieczki

 

 

jesteśmy jeszcze tak młodzi
póki świat się rozszerza
na umyśle zwątpienia nie będzie

czas zatrzyma
nic zawrze
wszystkie rzeczy rzeczami nie będące
trzy trwania zapadną w ognisko
świadomością istnienia

przytul mnie wiosenna łąko
jak kiedyś

   Do spisu

 

sennie

balans

 

wyruszyć samej w podróż
niezauważalne barwy
mgła krojona na kawałki
pomiędzy prześwitami nic różowego

krople wtłaczane
w naczynia z alabastru
ciśnienie rośnie nieskończoność
w zielonym spokoju

dobrze jest wrócić

przed świtaniem sen
nie potrafi się skleić

przychodzisz

milcząca mowa wymusza
bym się bała nocy
palcem dotknąć nie możesz

żyję i nie masz
do mnie dostępu

  Do spisu

naciek

równowaga

 

ocierasz myślami zakamarki
wypaczeń dociekasz
słabych ogniw
by kopać niepewność

czekając na jęki
rozdrabniasz słowa
i stygniesz

chcesz
więc nie dostaniesz

 

zamknięte oczy
wychodzisz poza własny
stan skupienia

astral woła myślokształty
przenikają braki i defekty
wynagradzasz chwilą
przyjemności trudno
usunąć utrwalacze

sam jesteś światem
w świecie

  Do spisu

powrócić nie sposób

lot

 

zaciska się pętla czasu
szybkie oderwanie
zaczepów nie jest rozłąką

spojrzenie w głąb
lustra aż opadnie wzrok
nie sprzyja późnej porze

przylegasz łapczywie do szyby
zlizując po tamtej stronie

zbyt długa noc na czekanie
po ciemnej stronie

zwrócony

pełnia minęła
zatopiony w maskonie
na dnie morza

tylko popielate światło
a ziemia dochodzi do pełni

 

  Do spisu

 

nie tobie

reguły

 

mogłaś być stellą
idealnie widzialnym zjawiskiem

zabrakło światłocienia
podwójnych układów galaktyki
ponad fioletem

w czerwieni
niedoszła pozasłoneczna

nie możesz wejść w moje sny

mogę się jeszcze ratować
przed gniewem tych co urazili
bez prawa zadawania pytań
i składania obietnic

ograbiony nie ma przywileju

 

  Do spisu

armageddon

to minie

 

kończą się banały za jeden uśmiech
wszystkie prawa wypalą
do ostatniej iskry zmienią
bieguny odwrócą pragnienia

znaki dendery to kaszka
manna bez smaku miodu

man hu?
jeden czas nawraca

 

jesteś wycinkiem rzeczywistości
wzorem utrzymującym istnienie
stworzonym w określony sposób

w nieskończonym polu działania
tworzysz iluzję własnej woli
mogąc robić co chcesz

jesteś na swoim miejscu
nie popełniłeś złego wyboru
nigdy nie wybierasz

cokolwiek zrobisz zostanie
ślad

 

   Do spisu

po...

pamięć

 

wypatrujesz przez okno
choć nikogo nie widać
żal że pora nie nadchodzi
ni spania ni płaczu

nie ma tego czego sam nie wiesz
odium
punktu zwrotu nie widać
do
czwartego kręgu
przeznaczony dzień odpoczynku
od wszystkiego nadejdzie

 

 

podobno dzieci rodzą się
w bólu nie pamiętam
czy płakałam

wiem że krzyczałam
przerażona kiedy matka
umierała

 

  Do spisu

opus

przez kroplę

potykając się o próg domu
można upuścić z rąk chińską porcelanę

zebrane skorupy układają
mozaiki robią wrażenie
nienasycone przestrzenie
wypełnione mokrą żywicą
pomiędzy światłem i cieniem

linie spotykają się w punkcie spojrzenia
rzucane słowa nie tworzą prawdziwych
wymiarów obrazu i przestrzeni

perspektywa sama się nie ułoży

kamienie miały być szlachetne
jednorodne przezroczyste

promienie odbite od powierzchni
świecą dokuczliwie w oczy
moje za czarcimi szkłami udają
utratę doznań optycznych

nie pytaj - nie odpowiem

 

  Do spisu

matuzalowa nuta

niby płynąca woda rozmywa
brzegi ostrzą cienie gdzie przechodzą
zmarszczki wątłe opadają myśli

pustka jak słowa nie zna przywiązania
drzewo do liści kiedy się skończy
pora babiego lata kosiarze spoglądają
nieruchomo z daleka wystukując
palcami niespokojne rytmy

oczy już mogą kłamać

 

   Do spisu

jest jeszcze ósme niebo...

daj jeszcze chwilę

 

niebo się skrapla nad przełęczą
nad dachem gęsta zawiesina
przez mgłę nie widać horyzontu
a krok do przodu zrobić trudno

zbierasz na drodze wciąż kamienie
ze swoim bólem je oswajasz
nowe kształty potężnym ciosem
oprawiasz złotą tajemnicą

silniejszy ty od przeznaczenia

 

jest tylko jedno miejsce w przestrzeni
tam mogę wykrzyczeć wszystkie żale
jest jeszcze wiele miejsca w ziemi
gdzie długa cisza nie słucha wcale

mówię w próżnię a głos mój zanika
jak sny co się nigdy nie spełniły
jedno jasne wspomnienie zostało
od ciebie darowana muzyka

las markotny rozmawia ospale
pod korą drzewa sok cicho szepce
wypuszcza młode słodkawe pędy
smaku dobrze nie poznałam jeszcze

pragnę odurzyć się twoim opium
zawirować jak w locie motyle
potem zamknąć zmęczone powieki
i spłonąć jak ćma w ostatniej chwili

 

 

   Do spisu

w zapomnieniu

w zamyśleniu

 

za twoje i moje winy
przepraszać nie umiem
jestem niedoskonała
jak potrafi być człowiek

to nie była droga do nieba
otwarta w twoich ramionach
we śnie też się umiera

nie dane było zapomnieć
i uciec myślom zazdrosnym
w inną stronę adresu nie ma

 

jeśli mi nie wybaczysz
schowaj gwiazdkę w szufladzie
a moja wiara w ciebie
znowu będzie w nieładzie

napisz mi smutny wierszyk
taki chcę czytać w nocy
pies bezpański u ciebie
znajdzie więcej pomocy

zaglądaj do niej często
sprawdzaj czy nadal świeci
jeśli zostanie popiół
po prostu wyrzuć w śmieci

   Do spisu

 

znaki

darowane

 

nie dajesz się odbić
w weneckim lustrze
moje poruszenie
zbyt naturalne

spieszę do nowego dnia
ponad mostami omijam
ściany ciągną się
jak łańcuchy zakazów

ostrzeżenia pogodowe
nie mają wpływu na wyspę
tam tylko spadają race gwiazd
wierzę że istnieje

sól rozpuszcza pod skórą
cienką warstwę lodu
krystalizuje ostatnie słowa

adrenalina rozpięta
na pręgierzu nie wywołuje
zawrotów głowy u rycerza
z podniesionym mieczem

namydlone ciało mięknie
nie ma zgrubień na-pięcie
tylko chłód po prysznicu

   Do spisu

zapadanie

udręka

po co otwierać oczy
kiedy nic przed
świtem zmrok przecina pustynię

nasze ślady nie istnieją
zatrzymane animozje
wypływają po drugiej
stronie nierealnych zamysłów

w zagajnikach na zawsze
liście opadają z drzew


nie mam głosu
jak muza niespodziewanie
targam się na być
zawsze zbyt kruche

mgłą przysiadam na bezwietrzu
nie dotykam jeszcze ziemi
chłód wywołuje dreszcze

przesłaniam spojrzenia
i nie kłamię mówiąc
mam dwa życia

  Do spisu

odlot

szukanie

 

krzykiem spłoszone ptaki
odrywają od drzew gałęzie
kołyszą siłą nagłego odlotu

niedokończony szkic
na niebie jeszcze ostrzy
głośny trzepot skrzydeł

cichnie szum i kłania się
drzewom nastaje nowa

cisza

trudno ją przerwać

pigułki zażywam odkąd
twoja choroba zaczęła się
nasilać we mnie strach
przed nieznaną klaunadą

zabijasz mnie wiele razy
każesz umierać chowając się
do pudełka po czekoladkach

nie znoszę uwolnienia
i nie wiem znowu w jakim
jesteś opakowaniu

 Do spisu

nie żegnaj...

noc do płakania

 

jeszcze nie żegnaj się ze mną
za oknem brzydka pogoda
nie wyjdzie nam to na zdrowie
bez ciebie życia mi szkoda

odlecisz jak ziarnka piasku
co sypnę z wiatrem przez palce
nie napniesz sam białych żagli
na drogę dam ci różaniec

zostanę na pustej plaży
i rzucę w wodę kamienie
długi most usypię w morze
na drugim brzegu świat zmienię

chciałam być tylko mona lisą
uśmiechem wyjść ze światłocienia
dziewczyną pragnącą uwierzyć
że życie czyjeś w bajkę zmienia

mogliśmy jechać do toskanii
przemierzać mostami westchnienia
unieść się nad placem anioła
odszukać ekstazę w kamieniach

wiatr z dziewczyną nocami płacze
nie umie grać na swojej harfie
została nieznośna udręka
ktoś zniszczył zwykłą fotografię

Do spisu

dawidzie

 do zobaczenia 

 

chciałabym dać ci skrzydła
byś nie potykał się o ziemię
niemocą w kamiennej figurze
zamknięta siła

obezwładniony moim
wzrokiem unosisz ciężkie
po-wieki w imaginacji
nie zginą oczywistości

uniosą nas łabędzie
na nieboskłonie podasz rękę
w profilu skrzydeł zamknięty świat

i ledwo mogę uwierzyć że udało się 
przeżyć życie dotąd bez ciebie
takie moje nadużycie 
nieżyjącej i twojego daru

a przecież nie wiedzieliśmy
że istniejemy słuchając 
jednej muzyki zapytajmy ślepców 
czy nadzieja pomaga przetrwać

można być razem 
nie widząc

  Do spisu

w trawach

bez zazdrości

 

jeszcze nie łagodniej podbij
etrurię i włącz do naszego
imperium

obezwładnienie samo przyjdzie
schowasz je do pudełka
po zapałkach póki nie spłonę

teraz posłucham o czym
grają polne świerszcze
zanim znowu zaświta

 

chcesz to leć na siedem
wzgórz zostanę w dolinie
kapryśnego morza

nie szukaj skruszonych
skalnych brzegów na dnie
tylko kamienie

wiatr strąca wczorajsze
nuty nie znają dźwięków
poszarpanych dociekliwie
nie zasnę tej nocy

nie zasłużyłam

Do spisu

mijanie

scalanie

 

wylatujesz impulsami ponad
kamienie pękają spadając
z wysokości nie złości

skruszone łatwiej odsunąć
z drogi
po to by chodzić

pasjami zbliżasz samotność

obecność zmienia naprężenie
przekracza granicę plastyczności
ekscytacja odkształca się trwale
w przedziałach zmiennej gorączki

złe temperatury przemykają
do kruchych szczelin

wykorzystajmy dzisiejszy dzień

  Do spisu

luka obiecany walc
stoję przed tobą rozebrana
do ostatniej myśli
niepółkrwista siostra
z przypadkiem hipotermii

obniżenie progu poruszenia
zwiększa dawkę niezaspokojenia
 

nie służy ci wiedeński  walc
czarowny za szybkie obroty
powodują utratę równowagi

naprzeciwko siebie w postawie
naturalnej twarze zwrócone
lekko głowy uniesione 
wysoko dłonie łączą tancerzy

zegary tak śpieszą się
biegną dnie i noce

a my tańczymy w przeciwną stronę

 Do spisu

 inkrustowanie zrobię szalik
wyryty na korze jeden znak
szerokich gestów wypełniony
szlachetnym kruszcem zbliża
kontrasty własnych faktur

zagęszcza się rozproszenie
matowość w połysk zmienia
szorstkość wygładza powierzchnię

obejmij z pewnością uzdrawiasz
 

jeszcze lato ciepłem dogadza
w ogrodzie dojrzewają porzeczki
rozmarzony siedzisz na ławce
w głowie niebezpieczne wycieczki

na zimę zrobię kunsztowny  szalik
taki co się zakręca na szyję
i śmieszną czapeczkę z antenką
niech głowę przyzwoicie  nakryje

użyję włóczki z marzeń z obłoków
zrobię wzór przetkany wzruszeniem
wplotę w to moją wielką sympatię
podasz rękę to sama dłoń ogrzeję

 

 

Do spisu

drocz się ze mną rozśmieszanek
 

chcesz przede mną się schować
w górach do mysiej dziury
wyciągnę za nogi i schowam
na strychu mieszkają potwory

wyrzucisz do rzeki telefon
bym do ciebie nie dzwoniła
kupię wspaniały komputer
znów będę bardzo miła

zabierzesz mnie na spacer
na wymarzoną białą plażę
wtedy uciekać będę szybko
ty figlarzu psoty rozważaj

Zły jesteś dzisiaj mój miły
Nie zjadłeś ani krzty sera
Uśmiech ci nie wychodzi
Humor masz jak jasna cholera
 

Duszno jakoś i parno
Może trzeba trochę ochłody
Chcę rozśmieszyć jak umiem
Wyleję na głowę gar wody

Toś się spienił jak mydło
Wściekłość jeszcze urasta
Dodam mleka i drożdży
Ugniotę ciebie jak ciasto

Mogę dodać jeszcze przypraw
Odrobinę mielonych korzeni
Wyrośnie piękny piernik
Złość w radość się zamieni

 

 

 

Do spisu

jeśli to był dom

na wodzie

 

w tym domu nikomu nie brakło
ni kromki chleba ni wina
miejsca było dla wszystkich
każdy miał swój kawałek nieba

przyszedł dzień co wszystko zmienił
dom opustoszał w piecu wygasł ogień
dzbany z winem wkopano w ziemię
bliscy odeszli zamknięto wrota

westchnienie z wiatrem odeszło daleko
jak wędrowiec co dyszy strudzony
przed domem stoją dwa stare drzewa
szumu ich już nikt nie usłyszy

flauta ociera burty
jak leniwa kochanka w ostatnim
porcie dobija monotonia

nagle wiatr świzga
po wantach w złości dźwięki
rozdziera na pół nuda
pokładowa rozbita

grot stojący w łopocie
wypełnia powietrzem przeskakuje
bom na burtę przewraca
pcha rufę do zwrotu

łódź sunie gładko
pod pełnymi żaglami

 

marazm natura kapitana

 

na łodzi zaraźliwa nuda
bezwładne żagle obwisły
na rejach spragnione wiatru
buty kleiły się do pokładu

otaczała rozpalona cisza
trzymając w bezruchu i żarze
dwóch stopionych żywiołów
w jeden odcień błękitu

podmuchy zrywały się
kapryśnie i zdradliwie od lądu
przeszywając dreszczem do linii
wodnej przez nerwy takielunku

dobrze wymknąć się
w czysty oddech morza 

 

kapitanie dzisiaj nie ma nadziei
wiatry przeciwne i fale zakryły
bosmana nie widać z Bogiem
a diabłu potańcuj skazany na wieczność

czerwone ożaglenie hańbą okrywa
statek przemierza  siedem
mórz i oceanów ze strachem
zagląda w cieśninę śmierci

na wątłym trapie szuka wierności
tej co wiedziona przeczuciem
przysięga w rozpaczy i rzuca
w morze statek upiorny

żeglowanie jest rzeczą konieczną
...życie niekonieczną

Do spisu

sekstant - złapać słońce z wiatrów
 

wybitych siedem szklanek rumu
po wachcie kręciło się w głowie
chwiejny nie upadł na pokład

wolny od węzłów brzeg nie istniał
tylko plusk spadających cum
w wodę odmienił
szczura zatrzymał reling

złączeni aby płynąć
lub tonąć razem

 

Sośnie

jestem kiedy odchodzą anioły
na kołdrze kładę niebieską różę
rozpalasz płomienie czterem wiatrom
mistrzowsko ręką trzymając rumpel

równo wygięte płaty na rejach
lnem zakwitają siłą błękitu
woda chce unieść burtę do góry
dziób rozbryzguje fale na pyły

po twarzy czasem krople się toczą
zaraz wiatr przedni rosę osusza
wtedy zamieszkasz w bocianim gnieździe
by głową dotknąć zenitu nieba

 

Do spisu

...stróż uniesienie
 

głupek nosi skrzydła
w rękawach oczyszczone
na wszelki wypadek
bezpiecznie zapala kadzidło

zdarzy się że zaśnie
ogień wymyka i mąci
z blaskiem anioła
krzyk nie pomoże

ciepło z oddechem miesza
wołania gasną popieleją
skrzydła wiatr uniesie

płomieniste włosy unosi
w przepaść blade ciało
delikatnie przylega i odpływa
krew uderza dzikość potwora

rozszalałe w nieskończoność
upaja obłędem czar nie pryska
pianą ziejąc zdobywa uległą

wściekłość z cienia wychodzi
nie włada nad sobą dzieciobójca
rozdziera na czworo przeklęty
zastyga w agonii gdy legenda
się budzi

 

Do spisu

jam ożywiona..
 

faluje ponad
w czystych przestrzeniach
znieczula miejsca pomiędzy
ciszą
ruchome piaski

bez klucza otwiera
nieznane ścieżki ujmują
barwami wmawia co chce

samowolne dźwięki
we wszystkich językach świata

Galatea oswobodzona
tańcem daruje panoramę

od pierwszego skinienia
obejmuje symfoniczne akordy
zrywając dźwięki szuka wyzwolenia

lekkie ruchy tłumaczą
posłusznie każdą frazę
wibrując w harmonii
przewiduje ostatnią chwilę

-Isadora

Do spisu

lubię... nie skoszona..
rozkapryszona biała łania
gorąca rozłożysta uległa
na piasku jeszcze pusto
leniwie łagodnieje u brzegu

wariat... rozplata warkocze
i głaszcze słoną skórę
momentami brakuje oddechu
w batystowej przestrzeni

....taki spacer
 

czeka otoczona pagórkami
i lasem iglastym zakwita
zbyt wcześnie na tę porę roku
nabiera ostrości kolorów

zdziczała przytulia mokra
od nocnej rosy chwyta
bose stopy łaskocze
można się przyzwyczaić

zalotnie kołysze rozprasza
zapachem miesza w głowie
z podmuchem wiatru szeleści
dojrzała latem spłowieje

Do spisu

 

bajka kiedyś
 

niegrzeczny mały pajacyk
mieszka na strychu w pudełku
marzył by zostać chłopakiem
ciągle jest z drewna kukiełką

w kurzu nos długi w ciasnocie
cisza jak zgaga dokucza
ptaki za oknem śpiewają
zapomniał co to zabawa

strychu już nikt nie odwiedza
czerń w zapomnienia się sklepia
modli się z żarem pinokio
nie chciałby skończyć na śmieciach
         
kanikuły.....uciekła anastazja

kiedyś nazywać nie mnie
będziesz umiał wzrok wbijać w ziemię
myśli jak piasek rozpraszać

zrani kwiat
rozkruszony w dłoni

ja będę wspomnieniem
ciszą
kamieniem

 

 Do spisu

Jak kamień Dziewicza
pozwoliłam byś odszedł na chwilę
a już włosy skrzę bielą
powolna pamięć uciekła
i minęła nasza wieczność

nie ma drogi powrotnej
wszystkie znaki zgubiłeś
między nami kamień
nie udźwigniesz go swoim
westchnieniem
gdzie błękit granatowym
przecięty poziom zaburza
mrukliwie uśpioną pogania

grzbiet wysoko unosi
stromo grzywa w złości opada
i lawiną przyspiesz w oddechu

jeszcze broni niechętnie
kładzie rozlegle na brzegu
poddaje
już wolna powraca

Do spisu

''nad wodą ''

niebo zaciągnięte gęstymi chmurami
porywisty wiatr zmienia kierunek
łagodnie falujące morze zbałwania

szarzeje powietrze ciemnieje
woda w głąb pokrywa się pianą
rośnie ku niskim obłokom
i zapada w odchłani


szum fal zamienia się w łoskot i ryk
bałwanów nad które wzbiły się
grzmoty piorunów rozdzierają
poczerniałe przestworze

po zmaganiach wichura ustaje
pojaśniałe chmury unoszą się
błękitnieje smużka czystego nieba