Spisy treści

 

Kryterium

Pajęczyna

Fidiaszu
Do bólu Zabawa w Sokratesa Zabawa w Pana Boga
żegluję po jeziorze Patos [...] Koncert
kowadło dzienne kalorie Ja dzik
w cukierni na parterze Zamki z piasku Skoczymy na jednego (dzieje pewnej libacji)
Skoczymy na dwa (dzieje kolejnej libacji) Zawiść Nie mogę czytać
skupiona poemacik ekologiczny Łapacz motyli

Koty

MÓJ WIERSZ O KOTACH JESIENNE KOCICE WASZE PATRZENIE
PISZE ZIMOWE KOCICE KOT-KOCICA W UMYWALCE
KOT OPŁACA SIĘ POECIE DRAPIEŻNIK DOROSŁY KOCICE
PORANEK KOCIC

 

Kryterium

Pajęczyna

Tylko jedno jest ważne
Przeczytasz mnie?
Sprawię Ci radość?
Nie dam znużenia?
 

Nie będę straszył
Zawiłością wersów?

Nie uwiodę
Skomplikowaną składnią?

Bo zapominamy
O Tobie – Czytelniku
Nie dajemy
Spocząć – gdy odpoczynku pragniesz

Rozwiązuj szarady naszych strof
W mozole
Gdy chcesz odetchnąć
Zapomnieć że jest codzienny trud

 

Pajęczyna tkana zamgleniami
bystrzynami sprawnie przewiązana
ozdobiona wierzchołkami wzniesień
kroplogłosem w brzasku rozedrgana.

Chmurne duchy niosą niebu wodę
pionem w pasach wilgoć męczy oczy
zanim ziemi każe rodzić życie
słaby letni deszczyk wielbi suche.

Słońca wschodem w trasę ruszasz z wiarą
w metę. Idziesz w górę ścieżką ciasną.
Świerczek z jodłą w parze zgrabną bramą
stoją kłując mocno w zamian za trud.

Rychło braknie płucom taktu wdechu
dalsze kroki w bólu dźwigną ciało.
Skryte w gęstej trawie skrzypki-świerszcze
zawsze takie same nuty grają.

Składasz rana zmroki kładziesz w stosy
słońcu jaśnieć przez dzień rozkaz dajesz
Zaraz spoczniesz nocą gwiazdom zdjętą
głodny cienia spojrzysz w bliski zachód.

Boski pająk przędzie lekkie nici
niże szczyty. Krople drgając stroją
pamięć w dźwięki. Granie grają walca.
Powiew wiatru muska struny spięte.

 

Do spisu

 

Fidiaszu

Do bólu

 

Zagrane półcienie
wdzięki kamiennych fałdów
wody nienarodzonych myśli - słowa rzucone
w czas tworzenia
w życie w omdleniach

Najpiękniejsza urodzona w skale
brutalnością uderzeń
zawiła konstrukcja krasy
wabiącej obietnicą
nieśmiertelnej chwały
świece trwające płomieniem
odbite w marmurze ciepło

Z wapiennego kryształu wyrwana
ostoja czaru - dożywotni ślub
skazana na podziw nienazwanych
niewolników odejścia wabionych jak ćmy
w biały pył magii przerobionej góry

Jestem chciwie wsłuchany w czar tonów dobrze skrytych w fałdach twojej szaty
z kamienia z wiatru na chwałę zszytej naostrzonym dłutem w mocnej dłoni
gładkość twych palców jest wdzięczna pracy pumeksu w prochy zamienionemu
on muskał łagodnie to twardo do życia wycierał kryształ z Carrary

rząd niewolników czyta w zamkniętych oczach pierwsze uczucie człowieka
kolumny żółtych świec umieraniem wołają do tańca skalne cienie 
mrok towarzyszy powolnym krokom odejścia w świat stałego światła
patrząc przez zamknięte oczy na spokojną twarz zapominam o bólu

krople deszczu wyłapie dach sprawnie nad wami wygięty na wzór boży
zwątpienie musi istnieć kiedy bez ducha zmysły karmione rozumem
uśmiech goni zmierzch tłumiąc łzy zaklęte w umęczonej wyobraźni
uśmiech skruszy zbielałe skały schowane w futerał z zielonych mchów

Do spisu

Zabawa w Sokratesa

Zabawa w Pana Boga

Z Twoich rąk truciznę
tylko nekrolog jakiś ładny.
Mam – filozof – napisz
żył – umarł na własne życzenie
„wiem, że nic nie wiem” krzycząc.
Do dzisiaj nikt dokładnie
nie wie „czego?”

legendy legendy legendy
schować je do beczki
po Diogenesie
stereotypy dyniowate
zamiast

Kopru pęczki
na przyprawę
chrzan liście dębu
czosnku ząbki
wawrzynu zapach.
Jak kto lubi!
W końcu mamy wolność!

 

góry spiczaste wyniosę
w śnieg spadnę by białe grabie
targały z siłą błękitem
potem zwykłe igrce będą
w dole bardzo ładne pasy rzek
równie zdobione miastami
jedno na siedmiu pagórach
taki wyjątek uczynię

odpocznę 

zawładną mną złe pragnienia
każę maszerować w stały świat
odważnym wojom pancernym
niech nauczą wymowy
mego pięknego imienia
myślenia absolutnego
za pomoce naukowe
kije miecze proce łuki
uskrzydlę miecze i kije
procom i łukom dam prochu


dziecku do poduszki będę
opowiadał że wspaniałe
o wiele lepsze od innych
modę na seks w ziemię rzucę
czekając na nowych wiernych
karanie ogniem lub wodą
zadam za zjedzone jabłko
polubiłem błaganie mnie
wybaczenia - upowszechnię

 

 Do spisu

 

żegluję po jeziorze Patos

[...]

Prawy szot foka! Luz!
Lewy szot foka! Wybierz!
Kilwater czarny mułem
Wzniesionym ze spoczynku
Mewy rzucają się w nadziei
Na otumanioną rybkę
Prawy szot foka! Luz!
Lewy szot foka! Wybierz!
Brzegi daleko i jeszcze trzcina
Wyobraźnią na nie zapracować
Krzyki ptasie w proteście
Nie niszczcie ślepcy naszych gniazd!
Prawy szot foka! Luz!
Lewy szot foka! Wybierz!
Wreszcie jest – Porto Allegre
W słońcu domy i parę kutrów
Odpoczywa przy bojach
Pusto – słońce wysoko
Prawy szot foka! Luz!
Lewy szot foka! Wybierz!
Opłyńmy świat

tytuł wysłałem do sklepu po bułki
jeszcze cham nie wrócił
pewnie spotkał inny tytuł i poszli razem na piwo
też bym z nimi poszedł

tytule! gdzie jesteś?
(tu dupnięcie, pierdolnięcie, uderzenie – dwa niewłaściwe skreślić
jedno niewłaściwe zostawić)
w stół lub biurko

godzina minęła a tytułu nie ma
gnom obrzydły – ja tu płaczę
w niepokoju po ścianach biegam i po suficie
jest!

pijany tytuł

 Do spisu

 

Koncert

Kowadło


Prowadzisz mnie przez las wycięty
Drzewa nie służą już szumieniem
Innym daleko służą jako instrumenty
W jakiejś orkiestrze proszą brzmieniem

Oklasków publiczności zasłuchanej
Gotowej do zachwytów głośnych długotrwałych
Wytrwałym skandowaniem nut błagają
O sumienność w słuchaniu dalej

Lecz gdy oklasków brak gdy cisza
Odpowiada na instrumentalne dźwięki
W piecu już czeka płomień giętki
Na skrzypiec wiolonczeli zgon


Do mnie mówisz? - mówię dobitnie zrozumiale
Prostowanymi na kowadle niewytłumaczeń
Słowami. Wysiłku nieco włożę w mowę tutejszą?
Postaram się pokazać, że ze mnie nieleń?

Chcę by ze słów nieporadnych płynęła jasna
Mowa, by zgrzyt nie plamił nieprzejrzyście dźwięku.
Moje zerwane bezmyślnie pulsujące ja
Uczyni ze mnie artystę? Bóg zamierza wiedzieć.

Wbijaj sobie igłę w żyłę na znak pokoju
Nie zasypiaj od razu odlot śpieszny najpierw
Po prywatnego urojenia czar trujący
Z nikąd, nie ze snu jeszcze. Boli! Trafiłem w nerw.

Do spisu

 

dzienne kalorie

Ja dzik

Bułka z banałem na śniadanie
Do tego pachnąca trywializmem przerzutnia
Do głównego nic jeść już nie będę

W pobliskiej restauracji najwyżej
Starą niemodną przenośnią z patosem
Przegryzę głód będę czekał

Do środka dnia zaczekam
Na obiad rymy z rytmami
Deser z przecinków z dodatkiem kropek

Kolacja wczesna lekkostrawna
Bez przesileń
Ułożę w wersy moje ciało do snu

Przewracam poszycie szukając jedzenia:
bukowych orzechów, potomków chrabąszczy.
Zorałem pomiędzy drzewami – zgłodniałe
warchlaki wyjadły żołędzie, pędraki.

Dzisiejsze zadanie pasiaków – jedzenie.
Deszczowe bębenki ucichły, świerszczenie
zamilkło. Slalomem mijając srebrzyste
pasemka, powracam pustymi bruzdami.

Dzieciaki zeżarły jadalne kawałki
zgłosiły ojczulka nagrodzie sytości.
Słuchając burczenia pustego brzuszyska
w najbliższej przyszłości pomyślę o sobie

 

 Do spisu

w cukierni na parterze

Zamki z piasku


nie potrzebny cukier ani sól
pijemy czerwone wino

w pikach mam bzika
'' w kierach burza szleje''
w karach płacze arlekin
trefle? trefli unikam

dla ciebie ciastko z przerzutnią
mnie lody patetycznie płoną
na talerzu inwersje soczyste
średniówkę przyniesie za moment

smutny kelner że menu niegramatyczne
pijemy wino czerwone


Poczekam – fala
Zmyje zamki
Zrobi miejsce na nowe
Wygładzi plażę i przyniesie do ozdoby
Materiał: patyki, muszelki, kamyki
Owady zamknięte w skamieniałej żywicy
Wyrywające się do wolnego lotu
Statki wiozące
Okręty strzelające
Budulec

Wybuduję nowe zamki
Z piasku – tak je przyozdobię
Spacerowicze się będą przy nich zatrzymywali
Zamiast podziwiać zachód słońca
Minie noc dzień ze słońcem przyjdzie
Słońce wypali wodę zamki rozwali

Wybuduję nowe

 Do spisu

Skoczymy na jednego (dzieje pewnej libacji) Skoczymy na dwa (dzieje kolejnej libacji)


(z cyklu „świat, którego już nie ma”)

Skoczymy sąsiedzie na jednego?
Po drodze kiosk zrobimy? Kolego?
Mam łyżkę – łatwo otworzymy
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
W ciepłym, głośnym barze nad kieliszkiem
Przycupniemy. Fanty pod stół schowamy
Na psy zaczekamy – przyjdą?
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Nie przyszli! Twoje zdrowie i moje
Zapalimy? Z fantów co wybiorę.
Jeszcze po jednym wychylimy?
Moja kolejka, twoja kolejka
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Pusta kasa? Niewiele tego było!
Fanty u paska opchniemy!
Napełnimy kieszenie złotem i zabalujemy!
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Na teraz to pożyczymy!
Nie ma od kogo? To idziemy!
Się zataczamy – trzymają krzaczki!
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Światło w oczy. Stajemy posłusznie!
Dokumenty proszę! Słyszymy
Sąsiad siadł na chodniku
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Gdzie worek z fantami? - myślę
W knajpie! Pod stołem!
Opowiadam panom, że jestem aniołem
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
I uwierzyli! Na słowo
Bo dokumenty w domu
Sąsiad wstał dzielnie
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
W chodniku dziura była
Z wodą i błotem - rzecz niezbyt miła
W tym długo siedzieć!
Jajeczko dyżurne, czuwający śledzik
Idziemy do domu śpiewając
„Powrócimy wierni”
na progu czeka ona


(z cyklu „świat, którego już nie ma”)

Tęsknię! Wiesz? Do tego co było
Dwadzieścia, czterdzieści lat temu.
Do czasu bez prawdy w klimacie umiarkowanym.
Przechodni serek. Ostryga po polsku.
Idę pod górę płakać po obrazach wypukłych
Zagubionych w ciszy między liśćmi lipy.
Ostatni autobus żegnam z żalem.
Przechodni serek. Ostryga po polsku.
Wymiętoszone bilety prowadzą do domu
Pustego o tej porze. Sprzątaczka poszła do chałupy.
Jestem sam. Ostatni liść na osobnym drzewie
Przechodni serek. Ostryga po polsku.
Czy emigranci/wypędzeni czują tak samo?
Druga wojna światowa na morzu – Pacyfik.
Mało znana ta sama wojna, wysiłek zabijania.
Przechodni serek. Ostryga po polsku.
Ziemianki w oceanie? Jak sama nazwa...
Co to ziemianka? – przetrwanie
Wiesz? Nie wiesz? To posłuchaj!
Przechodni serek. Ostryga po polsku.

 

 Do spisu

Zawiść Nie mogę czytać


Gdyby zażądał tantiem niejedno wydawnictwo by splajtowało.
Chce tylko czytania oraz odrobiny zrozumienia, lub zrozumienia całkowitego.
Zazdroszczą autorzy, którzy chcą tego samego dla swych dzieł.
Pragną wyłączności, niepodzielności, zupełnego oddania.

Był pierwszy? Był genialny? Oczarował słowem choć trud zadawał.
Zostawił po sobie wspomnienia i... nadzieję. Matkę niegłupich.
Wątpliwości są wrogiem – kto to powiedział? – ja to powiedziałem?
Może jeszcze ktoś? „Kto nie jest z nami, ten przeciw!” usłyszałem.

Rządzą reguły ortografii? Czy miecze? Wszystko można?
Nie! Ja Nim nie jestem, żeby odpowiedzieć na takie pytania.
Na wasze pytania uzurpatorzy? Wy nie macie wątpliwości!
Nie stawiacie pytań. Nie znacie ich! Znajdźcie lustro; ukłońcie się.

Kiedy wśród śmiechu i obelg, wędrował ostatnią drogą, pluli na niego.
Zwykli ludzie. Tkacze, stolarze, kamieniarze, rolnicy. Rzesza cała.
Zawistni – czekają na oklaski uśmiechniętej rzeszy – nienawistnego tłumu.
Mniejszości czyhają na możliwość detronizacji większości siłą.


Słowa kojarzą się ze zwątpieniem w ortografię
Naszyjniki z liter klipsy z wersów błagalnych
Zapłaczę, oczy po przemyciu widzą lepiej.
Może pozostałe łzy są teraz soczewkami?

Muszę czytać codziennie godzinami to co napisałem
Zastanawiam się co autor. Tylko swoje czytam!
Tłumaczyć się z każdej strofy? Sobie! Podpisać czy skomentować?
Światła. Na podłodze wykładanej kamieniem ślisko

Nie przewróć się – wstać nie potrafisz – czytać wygodniej na siedząco
Zdrowo tak dla kręgosłupa, na siedząco, wygodne krzesło
Bal trwa – myślniki zdobią, pytajniki są jak pryszcze do wyciśnięcia
Przecinki z wahaniem, z lękiem po piłę się tłoczą w szatni. Zostawiły!

 Do spisu

skupiona

poemacik ekologiczny

towarzyszą nam szpilkowce ubrane w nitki pajęcze 
znaczone kroplami zdradzającymi tęczeniem
- wodą jesteśmy.
idziemy między pnie, a rosy ze zrywanych pajęczyn
mieszają się z potem wywołanym przez górę, kamienną
pośrodku otuloną wiecznie zielonym lasem którego korzenie
zmieniają nasze stopy w windę niosącą ku krańcowi
Ziemi.

pod iglakami w gęstwinie wilgoć sadzi grzyby.
pochylamy się do nich, oddychamy zapachem
grzybni nie dotykamy w nadziei na jeszcze.
idziemy gęsiego stawiając stopy uważnie
w miejsca użyte by nie oznaczyć przejścia śladami stada 
wycieczki

Bory szumią poloneza 
Dzięcioł dziobem puka w sosny
Łabędź niemy stroi skrzypce
Żuraw stoi i bajdurzy
obok czapli zasłuchanych
w sto melodii z wronich gardeł

Pułk korników może przerwać
koncert snuty tak gromadnie
pracowicie gryząc drzewa
Wiatr z łatwością je przewróci
solo będzie wtedy nucił
na pustyni sfałdowanej

W samym środku mego miasta
dla ochrony za kratami
pomnikowo drży osika
hodowana ku pamięci
Ktoś zapomniał ją podlewać
lecz nie uschła – sztuczna była

Taka zmyła

Do spisu

Łapacz motyli

Gotowa siatka? Łąka czeka wiosennie
wyrośnięta, woła głośno kwiatów kolorem.
Nektary, pyłki wabią smakiem do lotu.
Łakomy motyl siada lekko, promiennie.

Rzucona pułapka - rusałka admirał
przerywa wędrówkę bezsilnie się miota.
Podlega skróceniu skąpego żywota
złowiony podstępnie wielbiciel barwnego.

Zapięte pasem pudło czeka zajęcia.
Motyla trumna cicha, czysta, bezpieczna.
W momencie liczne głosy ptasie odchodzą.
Skrzypienia świerszczych skrzydeł marsza żałości

udają. Żegna krótkie życie rusałka 
admirał. Zgrabnie wielkie palce, uśpionego
owada zgarną z sieci w tunel bez wyjścia.
Poleci motyl prosto w czernie, nieżycie. 

Ucieszy oczy barwą w szklanej gablocie
rzuconej na strych, wyśle kiedyś rodziciel
po rosłą butlę bimbru, inne łakocie
marzenie mętne w szklanki musi wyciekać.

Do spisu

Koty

MÓJ WIERSZ O KOTACH

JESIENNE KOCICE

Mam powody by o nich pisać,
Mieszkam z nimi.
Tak mnie najbliżsi urządzili
Wbrew moim radom i opiniom.

Są dwie szkoły:
Pierwsza - Ala ma kota
Druga - kot ma Alę.
Przychylę się do drugiej

Chcę być tak sprawny
Jak koty kiedy się obudzą.
Chcę zdobywać szafy,
Walczyć o pokoje.

Chcę...
Chcę żyć dłużej!
By nie zostały same
By je opłakiwać.

 

Za tło – zaoknie
teraz takie jesienne.
Dwie kocice
już prawie dorosłe.

Czasami przychodzą
do mojego pokoju.
Czuję się wtedy ich gościem.
Godzinami futerka myją.

Siedzą na parapecie,
patrzą jak ja na jesienne drzewa.
Gdy okno uchylone
słyszą szelest opadłych liści.

Usiłują złapać wiatr przez szybę,
usiłują złapać chmurę przez szybę.
Potem pokazują zęby ziewając
ogony dostojnie prężą.

Wychodzą – nie jestem już gościem.

Do spisu

 

WASZE PATRZENIE  PISZE
 

Wyrwane z sennej ciszy spojrzenia
Patrzę wam w oczy szeroko otwarte
Wiem – za chwilę będę musiał się odwrócić
By nadążyć za waszym patrzeniem
Czujnym widzącym wszystko wokół
Dałbym – co mógłbym dać by widzieć tak jak wy?
Zamykacie pięknie oczy
Zasypiacie czujnie
Zwrócone ku drzwiom
Zza których może nadciągnąć strach
Uszy jak żagle na wiatr
Czujne na każdy szmer
Senne kocice...
Ożywiacie się gdy idę spać

Głodne kocice...
Chcecie mnie zjeść?

Po przebudzeniu
Co widzę?
Przy klawiaturze siedzi kot i pisze
Ogonem naciska klawisze

Chwila wahania
Już mi drugi kot ekran zasłania
Moment – dwa ogony się wiją
Nad klawiaturą

Co piszą?
Piszą wiersze (wiedziałem – koty to głupie stworzenia!)
O miłości
Ja je odganiam
Piszę wiersze o złości o nienawiści o nieczułości

Do spisu

ZIMOWE KOCICE KOT-KOCICA W UMYWALCE

 

Dorośnięte kocice świadome kociości
Skaczą na parapety, łapią przez szyby
płatki śniegu opadające na tle kwiatów
Wyspiańskiego. Malowanych na szkle.
 

Dachy garażów, bardzo białe, w śniegu
Przelatujące kruki, bardzo czarne, w piórach
Kocice prowadzą ptaki głodnym spojrzeniem.
Aż podrywają się do lotu – kocice, nie ptaki.

Na balkon wychodzą tłumnie (we dwie) bez obrzydzenia
Brodzą w mokrym. Muszę je powstrzymywać przed
Skokiem w ciemność, za płatkiem jasnym
Nie dziękują mi. Nie.
Chciały skoczyć! Zatrzymałem.

 

Z lubością grzbiet podstawia spadającym kroplom
Mruczy piosenkę o wilgoci futerka – teraz brzuszek?
Szeroko ziewa pokazując ząbki i ostry języczek
Trąca noskiem wylot kranu wołając wodę pieszczotą
Siebie prostowanych w ekstazie łapek tęskniących
Za mokrością różowych poduszek pazurki bezinteresownie
Pokazane dla samej radości pokazywania – mam!
Między uszka kropelka prowokowana giętkim ogonem
Potem otrzepywanie rosy z udanym obrzydzeniem

Przecież koty-kocice nie kochają wody!

 Do spisu

KOT OPŁACA SIĘ POECIE DRAPIEŻNIK
 

Pisze poeta wiersze kocie futerko gładząc.
Elektrycznie się wtedy ładuje i rodzi zgrabne metafory.
Pewnie, zamknięty w sobie, nie napisałby wersów
Wielu – przymus wyrównywania potencjałów
Przynosi korzyść w postaci pieszczoty kotów i alegorii.
Koty są niezbędne poecie, bo dają ciepło w gestach
Miękkiego chodzenia, prężenia grzbietów, kręcenia 
Ogonkami. Niezrównanym mruczeniem wołają
O nową ważność serdecznych pragnień zagubioną
W codziennej krzątaninie pełnej obawy o jutro.
Czasami zabawnie przeszkadza „łapiąc” literki
Biegające po zimnym ekranie lub muchy na ścianie.
Kot potrzebny jest poecie!
Poeta kotu?

 

Kot – drapieżnik
Pazurów nie schował
Zapomniał - czy co?
Właściwa kolejność!
Najpierw pieniądze
Potem jedzenie
Pazurów nie schował
Znowu – łajdus jeden!
Czekał cały dzień
Na mysz polował
Łapka była szybsza
Pazurów nie schował
Świadomy – czasu krótkiego!
Podrapał rękę wyciągniętą
Do zgody by łapce
Nie dać drugiej szansy
By swoją gotową w pazurki
Wypuścić skuteczniej

Do spisu

DOROSŁY KOCICE

 PORANEK KOCIC

 

Na moich kolanach usiadły przyglądając się uważnie światu
Wyczytać w ich oczach zachciałem aprobatę
Tajemnica – poczekaj do nocy – nie dowiesz się jak jest
Bezradne z pozoru układały ogony we wzory podobające się kotom
Kibicowały rzekom błądzącym w lodzie na drodze ku wielkiej wodzie
Udającej je – morze powinno być słone nie słonawe niczym rozcieńczony pot

Obojętność złamać – tylko ja je głaskałem pod włos - prychały na mnie
Dając przyjemności trochę i ciepła - powinno słońce grzać by schowały
Pazury wołające o krew zlizywaną szorstkimi jęzorami z pomarszczonej skóry
Przyjemnie się podgrzać w czułości wezwanej uczuciem ze stróżowania
Nad krecią norą drążoną pracowicie poza oczami
W poszukiwaniu smacznych kąsków i bezpieczeństwa
Czas gotowy już do kompromisu z przestrzenią
Z przemieniającymi się z kwiatów w smaczne owoce

 

leżąc na plecach wolno głaskałem 
pazury w głębi łap pochowały
Bura przez lewe nuci piosenkę
Biała prawemu snuje opowieść

poranek kocic jest odpowiedzią
myślom ponurym jak zachmurzenie
wezwaniem słońca do wyobraźni
zmęczonej w smutku rozchwianej wierzby

Bura za lewą łapie subtelnie
Biała na prawej ćwiczy uściski
wzrokiem pieszczone zawsze pogodne
futrzane kłębki dziękują życiu 

Do spisu